Wydawca: Napalm Records
Z nowym, nawet nie wiem którym albumem, powróciło szwedzkie Unleashed. Zespół który bardzo sobie cenię i jest jednym z moich ulubionych bandów z lat dziewięćdziesiątych. A na pewno mają najlepsze logo! No, tak więc przejdźmy do „Fire upon Your Lands”.
Czy Unleashed proponuje nam jakieś nowości, zmiany na piętnastym (jednak sprawdziłem) krążku? Nie. Na szczęście nie. To znaczy – oczywiście moim zdaniem ten zespół od lat dziewięćdziesiątych nie wydał niczego zaskakującego, cechującego się jakimś powiewem świeżości. I dla jednych to może być zjadanie własnego ogona, a dla innych prawilny, metalowy konserwatyzm. Ja tam czasem lubię rozwój i nowinki, ale nie będę kłamał – nie w przypadku Unleashed.
No i „Fire upon Your Lands” jest w zasadzie takie jakbym sobie zażyczył – zachowawcze, przewidywalne, a jednak cieszy. Prawda jest też taka, że te ostatnie płyty cechuje trochę miałkość przekazu – nie są już tak elektryzujące i potężne jak „Where No Life Dwells” czy kilka kolejnych. Są nieco bardziej wygładzone i upomadowane, jakby mniej wściekłe. Natomiast nie na tyle, bym się krzywił słuchając muzyki Unleashed. To, że ich nowsze kompozycje są odrobinę bardziej przystępne nie znaczy, że się na nich obrażę i nie będę słuchał. Absolutnie – akurat Unleashed cały czas tworzy muzykę na bardzo dobrym poziomie. A, że już to wszystko gdzieś się przewinęło wcześniej? Nie mam z tym problemu.
Piętnasta płyta Unleashed siłą rzeczy bazuje na riffach i motywach, które już słyszeliśmy. W Kilku momentach niemal dosłownie, bowiem dam sobie rękę uciąć i przerobić ją na puchar do spijania piwa, ale są tu riffy będące niemal kopią 1 do 1 z numerów, które słyszeliśmy na ich wczesnych płytach. No chyba, że to tęsknota czasów minionych sprawia, że taki kawałek jak „To My Only Son” ma w sobie coś żywcem inkorporowanego z „Across the Open Sea”, a tytułowy „Fire Upon Your Lands” jest bardzo podobne do „Immortals”. Czy to zarzut? No nie, jakoś w ich przypadku odbieram to raczej jako puszczenie oka do słuchacza, szczególnie tego który zna ich muzykę i właśnie potrafi w odpowiednim momencie wyłapać nawiązanie.
Dziś muzyka Unleashed jednak cały czas jest świetnym death metalem. Zagranym w stylu Unleashed. I bardzo dobrze. Oni mi zawsze kojarzyli się z taką śmierćmetalową wersją Manowar – trochę napinka, wzniosłość, odnalezienie własnej niszy i eksplorowanie jej. Tak – te dźwięki mogliśmy usłyszeć na albumie z 2006, 2008, 2010, 2012, 2015, 2018 i 2021 roku też. Ale czy to powinno komuś przeszkadzać? Nie. Więc nie narzekajmy i cieszmy się kolejnym bardzo dobrym krążkiem. Bo mimo wszystko u Unleashed cały czas czuć w tych dźwiękach naturalność.
http://www.facebook.com/unleashed




