Kurwa, problem mam z Turbocharged. Debiutancki krążek był naprawdę świetny. Potem przyszła EPka, którą recenzował Pathologist i nie pochwalił bardzo. Teraz ja skupiam się nad ich drugim krążkiem i zadaje sobie pytanie…
Mianowicie – co się stało z tym zespołem? Kurde, to nie jest zła muzyka, ale w odniesieniu do debiutu straciła ducha i moc. Niby ciekawy thrashująco – punkowy wygar, a jednak po odsłuchaniu pierwszych kilku numerów dopada nuda, co było nie do pomyślenia podczas odsłuchu „AntiXitian”. Muzyka na „Area 666” wciąż jest utrzymana w konwencji wcześniejszych nagrań Turbocharged, jednak brzmi trochę jak nagrana na siłę. Albo będąca odrzutem z tamtych sesji. Przykładowo piszę teraz recenzję, wyświetlacz wskazuje na siódmy numer (czyli jestem w połowie płyty), a ja już myślę, kiedy to się skończy i co ja odsłucham sobie potem – naprawdę dziwne uczucie. Jak dla mnie debiut ustawił poprzeczkę wysoko, widocznie nawet dla Turbocharged nie do przeskoczenia. „Area 666” ma momenty, ale dla mnie momenty to za mało – ja chcę, by skopali mi dupę od początku do końca, a nie wybiórczo, pojedynczym kopniakiem raz na jakiś czas. Bo on tylko lekko pobudzi, narobi smaka na więcej i tyle. Z tym, że to „więcej” nadchodzi w niewielkim stopniu jedynie…
Cholera, straszna szkoda – myślałem, że „Christ Zero” było jednorazową wpadką, a tu się okazuje, że bessa trwa nadal. Mam nadzieję, że Turbocharged zaciśnie pośladki i wypuści wreszcie coś na miarę pierwszego albumu.
Ocena: 6/10
Tracklist:





