Dwadzieścia minut, szesnaście utworów, tak więc raczej wiadomo, jaką muzyką zajmuje się Transient, prawda?
Oczywiście, na „Transient” znajduje się dawka dzikiego grind core’a. Klasyczne, wkurwione, brutalne granie, które przypomina jazdę bobslejem bez trzymanki. Mało tu zwolnień, praktycznie w ogóle ich nie ma, a jeśli już jakieś się pojawi to trwa zaledwie kilka sekund. Transient czerpie oczywiście z klasyków – Napalm Death, Terrorizer czy Defecation. Wokalistka (ale to bym się nie domyślił, że t babka, gdybym na zdjęcie nie spojrzał) drze ryja, tak więc nie uświadczycie tutaj growlu, świniaków czy czegoś w tym stylu. Jedynym szkopułem jest to, że Transient nie porywa tak jak wymienione zespoły – choć źle nie jest, to jakoś nie wychodzą poza standardowy poziom grind core’owej kapeli. I nawet podczas tych dwudziestu minut człowiek myśli, co będzie miał na drugie danie raczej, niż „o ja pierdolę, ale to mieli”. Taki lajf, trudno – choć powtarzam, nie jest tragicznie.
Solidny, dziki grind core, do któego chyba jednak nie będę powracał nad wyraz często – aż takim zapaleńcem nie jestem. Ale grind freaks mogą się zainteresować, co to na tym „Transient” się znajduje.
Ocena: 6,5/10
Tracklist:





