Ej, a wiecie co lubię poza dobrą książką i jak sąsiadowi w życiu nie wychodzi? Melodie lubię. A wiecie, gdzie znaleźć masę świetnych melodii? Na najnowszej EPce zespołu Taraban.
Znałem tę nazwę wcześniej, natomiast to pierwszy raz gdy mam okazję zrecenzować dokonania tej grupy. I jest bardzo dobrze. Jest miło. Jest melodyjnie. Taraban gra rocka. Może hard rocka. Ewentualnie proto metal. I częstuje nas muzyką tak niesamowicie zaaranżowaną, tak przemyślaną, a równocześnie mającą tak doskonały flow. I nie wiem dlaczego – ale odbieram też ją jako na swój sposób smutną. A równocześnie słuchając jej gęba mi się cieszy, bowiem jest to tak dobre.
Na „Oath” dostajemy galerię wspaniałych riffów, czerpiących garściami z rocka stadionowego, z największych rockmanów w historii. I cały czas też, słuchając tego albumu, mam w tyle głowy, że to jest zespół, który mógłby zapełniać największe hale. Każdy z numerów na tej EPce może być potencjalnym hitem, który będzie wyśpiewywało tysiące gardeł. Ta muzyka po prostu tak brzmi. Właśnie! Produkcja tej EPki to jest coś niesamowitego. Wiem, głupio to zabrzmi, natomiast gdybym nie wiedział – w życiu bym nie przypuszczał, że ten zespół pochodzi z kraju nad Wisłą. Przecież tu się tak nie gra, tu się tak nie brzmi.
Cóż mogę rzec – jestem pod olbrzymim wrażeniem. Wraz z „Oath” zespół dostarcza nam amalgamat wszystkiego co najlepsze w rocku lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. EPka jest niesamowita i zdecydowanie jest to jedna z lepszych rzeczy, jakie ukazały się w tym roku. Koniecznie pędźcie zakupić ten krążek, ja tymczasem pośpiewam sobie po raz kolejny wraz z zespołem…
https://www.facebook.com/listentoTARABAN





