Skip to main content

Wydawca: Dark Essence Records

Nigdy nie byłem jakimś wybitnym fanem Taake – to przyznam się już od razu. Oczywiście coś tam słyszałem, coś tam mam na półce, ale skłamałbym mówiąc, że ten zespół w jakiś wybitny sposób mnie ukształtował czy na mnie wpłynął.

Z drugiej strony Hoest tworzy naprawdę dobrą muzykę i to chyba z mojej winy i ignoranctwa jakoś nigdy nie dałem się jej porwać. Natomiast przy okazji najnowszej „Et hav av avstand” poświęciłem naprawdę sporo czasu na odsłuchy. Czy był to czas zmarnowany? Zdecydowanie nie! Cztery numery zawarte na najnowszym opusie w zasadzie powinny przypaść do gustu każdemu, komu nieobcy jest black metal w prawdziwie norweskim stylu.

Z jednej strony dostajemy tutaj mnóstwo klasycznych riffów, które mogłyby znaleźć się w Sevres pod hasłem „prawdziwie norweski riff”, z drugiej od groma tutaj również niebanalnych melodii. A że „Et hav av avstand” składa się z czterech, za to długich bo w większości ponad dziesięciominutowych, kompozycji, to jest tutaj na czym ucho zawiesić. Ten album to taka trochę cebula, jednak nie mylcie tego sformułowania z jakimś festyniarskim polskim niby black metalem. Mówię o cebuli, bowiem żeby docenić ten krążek, należy przebrnąć przez kilka jego warstw. Nie zawsze jest to łatwe. Zanim doceniłem kunszt Hoesta, naprawdę musiałem poświęcić wiele odsłuchów. Były dni kiedy myślałem wręcz, że wysmażył on nam raczej kiepskiego kloca. Ale w którymś momencie jakaś zapadka w mojej mózgownicy przeskoczyła i stwierdziłem, że „Et hav av avstand” to naprawdę dobra płyta.

Myślę, że początkowo przeszkadzały mi „niemetalowe” wpływy na tym krążku, a jest tu ich trochę. W kilku momentach mam wrażenie, że muzyka Taake chciałaby skręcić w stronę takiego Peste Noir, z ich chuligańsko – uliczną melodyką i harmonią. Kiedy indziej czuje się tutaj post punk czy zimnofalowy klimat. W kilku momentach zaś Taake częstuje nas po prostu rock’n’rollem, podanym co prawda w osobliwy sposób. Nad całością jednak unosi się duch black metalu z Norwegii i sprawia, że ta dość niecodzienna mieszanka jest strawna dla bardziej ortodoksyjnych słuchaczy. O ile mają oni oczywiście w sobie tyle samozaparcia, żeby nie skreślać „Et hav av avstand” po pierwszym przesłuchaniu.

Wspomniałem o długości poszczególnych kawałków – może Was zdziwię, ale tego się tutaj w ogóle nie czuje. Biorę to za duży plus bo skomponować jedenastominutowy utwór, który nie zanudzi słuchacza, nie popadnie w przesadę czy pompatyczność – to jednak trzeba potrafić. Nie przypadkiem jednak Taake działa na scenie już od trzydziestu lat.

Po początkowym niezrozumieniu tej płyty stwierdzam ostatecznie, że dostajemy tutaj naprawdę ciekawą, złożoną, a przy tym utrzymaną w kanonie gatunku, muzykę. Może nawet skusi mnie to, żeby odświeżyć dyskografię Norwega i może skupić się na niej bardziej niż mniej. Zobaczymy.

Ocena: 8/10

Oracle
17070 tekstów

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Newsy

Trwają prace nad boxem Sadomator

OracleOracle15 października 2014

Skomentuj