Wydawca: The Circle Music
Melodie w black metalu, to zawsze niebezpieczne rejony. Odpowiednio zastosowane zajebiście robią dla płyty i wynoszą ją na skrzydłach wspaniałości. Ale wystarczy przesadzić o włos, by wkroczyć w grząskie bagno chujowości. Sworn udało się na szczęście ominąć bagno, ale o zdobywaniu szczytów mowy nie ma.
Omawiane dziś ”Null Crowned The Infinite”, to piąty już pełniak norweskiego Sworn, który tworzy kwartet typów, których mogliście słyszeć choćby w Morgrim, White Tundra, czy Hellhikers. Chłopy rzeźbią w klimatach melodic black metalu, co pewnie już od wejścia sprawie, że część z Was splunie z obrzydzeniem. Ale tragedii nie ma. Riffy i melodie naprawdę elegancko tu płyną, podlane często gęsto solówkami, ale takimi, gdzie nie ma przesadnej masturbacji na gryfie. Fajen. Wokal i perkusja robią w tym wypadku za zgrabne, ale jednak, tło.
Fajne to wszystko, ale to już było. Choćby w pierwszym pełniaku Zorzy, która zrobiła to dużo lepiej, czy Belzebubs. Nie mogłem się odpędzić, podczas wielokrotnych odsłuchów, że to już znam, to skądś kojarzę, a to, to „prawie jak na Zorzy”. No i długość płyty to niemal czterdzieści pięć minut, czyli zdecydowanie za dużo. Pół godziny by wystarczyło, bo tak, to już ja zapomniałem, co było na początku albumu, a chyba nie o to chodzi.
Sworn nagrało całkiem dobry melo black i miłośników tego gatunku nie ma co przekonywać. Reszta z Was albo niech sięgnie choćby po Zorzę, albo posłucha czegoś całkiem innego.




