Wydawca: Century Media Records
Lubię gdy moje małe prywatne odkrycia zdobywają większą popularność, bo wiem że jest ona wówczas zasłużona, a nie napompowana sztuczną reklamą. Innymi słowy – cytując Tomaszewskiego – mam swoje zdanie i się z nim zgadzam.
Tak było na przykład w przypadku Slægt. Poznałem ich przy drugim krążku i miałem już wówczas nosa, że to zespół z olbrzymim potencjałem. Potem było „The Wheel”, które potwierdziło moją opinię no i teraz, po czterech latach oczekiwania jest – czwarta płyta, nosząca tytuł „Goddess”. Dodatkowo wydana przez majorsa, jakim jest Century Media Records, więc jakoś tam ten sukces zespołu przypieczętowano. Ale mogliby ją wydać i własnym sumptem na CD-R, myślę że nic by nie stracili pod względem artystycznym. Wydaje mi się, że formuła Slægt okrzepła, wykrystalizowała się już do końca, ku mojej uciesze. Bo strasznie mnie kręci wplatanie do black czy death metalu klasycznych heavy metalowych czy nawet hard rockowych elementów. Sprawdza się to u Duńczyków, sprawdza się to u Chapel of Disease, jak ktoś jeszcze zna inne zespoły które inkorporuję rozwiązania tego typu do muzyki to poproszę o poleconka. Wróćmy jednak do „Goddess”, bo sześć utworów z tej płyty jest godnych rozwinięcia. Black/death metal jest tu jedynie osnową, wokół której Duńczycy rozbudowują narrację, korzystając raz z inspiracji Mercyful Fate, kiedy indziej Thin Lizzy czy Deep Purple. W zależności od konkretnego utworu mamy tu balansowanie nastrojem. „Hunt Again” rozpoczyna się od wezwania rogu, by przejść w najbardziej złowieszczy kawałek na płycie. „Kiss from the Knife” z kolei jest najszybszym utworem, pełnym heavy/thrash metalowych wpływów. W podobnym klimacie utrzymany jest „Fealty, Thunder Whip” na którym piętno Slægt odcisnęło się chyba najmocniej i generalnie mocno nawiązuje również i do poprzednich albumów. No i mamy jeszcze dziesięciominutowy numer tytułowy poprzedzony instrumentalnym intro w postaci organów. Sam numer jest nieco wolniejszy, z podniosłym klimatem, tu i tam trącący wpływami Pink Floyd, szczególnie jeśli chodzi o solówki. Prawda jest taka, że każdy numer dałoby się rozebrać na czynniki pierwsze i każdemu poświęcić tyle miejsca, ile ja teraz zużyłem na całą tę płytę.
A przecież kto ma czas tyle czytać, nie mówiąc już o pisaniu. Jestem maniakiem Slægt i cholernie żałuję, że ostatni ich koncert miał miejsce na drugim końcu Polski. Wiem jednak, że Andrzej czyta te słowa i kiedyś zrobi sobie prezent, na którym i ja skorzystam i będzie mi dane obejrzeć Duńczyków w Małopolsce. Tymczasem wracam do katowania „Goddess”, wspaniałej płyty.
Ocena: 10/10




