Wydawca: Hell’s Headbangers Records / Iron Bonehead Productions
Istnieje pewien gatunek muzyki, który uwielbiam, słucham go w pozycji klęczącej, co może trochę przeszkadza w napierdalaniu baniakiem, ale tylko trochę. Co najlepsze, nie potrafię określić dokładnie co to za gatunek.
Bo cały wic polega na tym, że jest to konglomerat wszystkiego co w metalu najekstremalniejsze – można by rzec, że to esencja metalu, platońska idea metalu lub trochę prościej – prawdziwy metal nie dla jebanych pizd. Jak u Sacrocurse – muzycznego ansamblu turecko – meksykańskiego. Miałem przyjemność recenzować ich debiutanckie demo, które wytarmosiło mnie jak szmatę, a teraz nadszedł czas na ich debiut. Na „Unholier Master” przygotowali nam ekstrakt z thrash, death i black metalu, a ja łykam to jak cykutę, choć wiem co mnie czeka. Dziesięć gwałtownych numerów, zwiastujących wojnę, pożogę i śmierć, z czego część jest mi już znana, bo zgwałciła me uszy przy okazji „Sulphur Blessings”. Teraz gwałci je jeszcze dosadniej, bo poprawiło się trochę brzmienie – nie jest tak surowe, ale równocześnie wciąż jest to kurewski metal o posmaku siarki. To tylko duet, ale atakuje z dzikością całej tatarskiej hordy, wycinając w pień wszystko co na drodze. Gitary brzmią jak zardzewiała stal tnąca kości, perkusja zaś przypomina nieustającą kanonadę. Słychać, że Sacrocurse nie idzie na żadne kompromisy – chcą grać jebany metal i to właśnie robią. Nie biorąc przy tym jeńców.
Nie wyobrażam sobie, by osoba oddająca cześć starej szkole prawdziwego metalu nie oddawała czci również i muzyce zawartej na „Unholier Master”. Ugh!
Ocena: 8/10
Tracklist:




