Wydawca: High Roller Records
Kto by się spodziewał, że to nie żadna z kapel tak zwanej wielkiej trójki teutońskiego thrash metalu będzie wydawała w trzeciej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku najlepsze krążki, ale stojący zawsze na uboczu Protector.
Bo przesłuchałem te bidne krążki Destruction i Kreator i nawet Sodom, a potem porównałem je sobie z „Excessive Outburst of Depravity” i wypadają one blado w zestawieniu z ekipą obecnie rezydującą w Sztokholmie. To chyba ósmy pełnowymiarowy album Protector o ile dobrze liczę i dochodzę do wniosku, że od powrotu w 2011 roku ta kapela wydawała same świetne płyty. Najnowsza wpisuje się w doskonałą passę kwartetu. Tętniąca życiem, agresywna, porywająca – tak w skrócie można by ją opisać. Trwa czterdzieści siedem minut, czyli tyle i le najnowszy album Destruction i o minutę dłużej niż krążek Kreator, ale deklasuje obie te produkcje. W przeciwieństwie do nich Protector nie zmiękcza swojej muzyki, nie ugładza – ich thrash metal jest w dalszym ciągu szorstki jak papier ścierny, szybki i mimo że wpadający w ucho, to niosący ze sobą odpowiednią dawkę wkurwienia i agresji. Nawet w numerach ciut wolniejszych, takich jak „Open Skies and Endless Seas” Protector wypada potężnie – wolniejsze tempo w tym konkretnym kawałku na przykład powoduje tylko, że muzyka tej hordy brzmi dostojniej. A i tak długo nie wytrzymują i dopierdalają w końcu do pieca. Takie to już gagatki z muzyków Protector. I chyba nie bez powodu są moim ulubionym zespołem jeśli chodzi o thrash metalowe kapele z Niemiec – choć pewnie i sentyment też ma tu znaczenie, bowiem „Golem” był pierwszym albumem zza zachodniej granicy, jaki było mi słyszeć, ale o tym już może wspominałem.
A więc zapamiętajcie sobie, że korona niemieckiego thrash metalu przypada aktualnie zespołowi Protector, który paradoksalnie nie mieszka już na terenie Republiki Niemiec. Ale czy to ważne?
Ocena: 9/10




