Wydawca: Nuclear Blast Records
Kto dzisiaj słucha doom metalu? Oczywiście mówię o doom metalu pozbawionym wszelkich naleciałości innych stylistyk. Gatunkowo czystego, opartego w 100% na dobrze znanych, dawno temu opatentowanych wzorcach. Odnoszę wrażenie, że ten niezwykle szlachetny nurt w metalu ostatnio stracił na – o ironio! – powadze. Jeśli jest rozchwytywany, to w gustownej mieszance z black lub, okazjonalnie, death metalem. W tym kontekście niezwykle zastanawia, po co Nuclear Blast taka kapela: tradycyjna, bardzo oczywista, by nie powiedzieć “jednowymiarowa”.
Nie żebym zarzucał Pallbearer brak ciekawej oferty muzycznej, ale doom metal jest obecnie gatunkiem nieco zmurszałym. W swej klasycznej osnowie wręcz odtrącanym przez metalową brać, która przeprowadza zawody na to, kto zagra agresywniej lub, w jaki sposób przepchnie granice stylu. Amerykański skład – jak już wcześniej wspomniałem – nie robi absolutnie niczego, by wyjść poza doommetalowe podwórko. A może to i dobrze? W dobie muzyków skaczących z kwiatka na kwiatek podług panujących trendów, muzyczna stabilizacja jawi się jako coś odmiennego. Paradoksalnie – można by rzec. Właściwie, to poprzez to zasugerowałem, dla jakiej grupy słuchaczy dobrym wyborem jest nowa, bądź jakakolwiek inna, propozycja Pallbearer. Muzyka uprawiana przez kwartet to tak wierny i dokładny hołd dla gatunkowej historii, że nikogo nie powinien specjalnie wzruszyć. Nikogo, oprócz fanów doom metalu, naturalnie. Dla takowych mam świetną wiadomość: Pallbearer stworzyło album wprost dla was. Na usta ciśnie się jeszcze “tylko dla was”, ale chociaż raz odpuszczę sobie uszczypliwości. No, w każdym razie przepis Amerykanów na metal ciężki i ospale sunący po dźwiękowym oceanie, jest banalnie prosty. Oprócz sążnistych tąpnieć przy wtórującym im rozleniwionym przejściom, króluje także melodia. Oczywiście, nie jakaś tam naiwna pop-rockowa sekwencja dwóch akordów. Ale powermetalowa cukierkowatość również nie. Efekt wychodzi więc taki, że pod płaszczykiem surowych riffów skrywa się cała dolina majestatycznych, dostojnych melodii. “Majestatyczny” – świetne słowo, wręcz idealne do opisu twórczości Pallbearer. I nie mam na myśli tylko nadmienionych wyżej melodii, ale całość muzycznego elementarza składającego się na styl tego zespołu. Bo nawet te ospałe wycieczki sekcji rytmicznej i melancholijne solówki mają w sobie coś z pierwotnego patosu, a wręcz epickości. Zaryzykowałbym nawet tezę, że ciężko o lepszą płytę do zdobywania górskich szczytów. Wejdzie człowiek na Tatry i puści “Dancing in Madness” ociekające podniosłą, rzewną atmosferą – wyborna mieszanka. Mimo to, mam z “Heartless” mały problem. Ów album stoi w bolesnym rozkroku między subtelną przebojowością (choćby otwierający “I Saw the End”) a nieomal ascetyczną strukturą kilku riffów prowadzących całe utwory (“Cruel Road”).
Sądzę, iż takie rozchwianie zwyczajnie Pallbearer zwyczajnie nie pasuje. Aż prosi się, by kapela poszła w jednym, konkretnym kierunku. Właśnie przez tę drobnostkę mam dosyć rozdwojoną opinię o “Heartless”. Teoretycznie, w ciemno kupuję klasyczne, epickie doommetalowe kolosy, ale pewne niezdecydowanie co do Pallbearer w związku z niektórymi elementami muzyki razi. Mimo to, “Heartless” definitywnie dobrym albumem jest. I to właśnie dlatego zasłużyło na mocne 7 punktów.
Ocena: 7/10
| 1. | I Saw the End | ||
| 2. | Thorns | ||
| 3. | Lie of Survival | ||
| 4. | Dancing in Madness | ||
| 5. | Cruel Road | ||
| 6. | Heartless | ||
| 7. | A Plea for Understanding |





