Wydawca: Dying Victims Productions

Przyznam, że byłem dość zaskoczony informacją o tym, że Pagan Altar po śmierci Terry’ego Jonesa będzie kontynuowało działalność, bo brak tego charakterystycznego wokalisty stawiał dla mnie całe przedsięwzięcie pod znakiem zapytania. Natomiast zespół najwyraźniej myślał inaczej.

Czy to dobrze? Nie mnie oceniać… Choć w sumie, to jednak właśnie zasiadam do oceny najnowszej płyty Pagan Altar. Bo taka się ukaże za trzy tygodnie od dnia, kiedy to piszę (czyli 25 kwietnia). Krążek zatytułowany jest znacząco, bo „Never Quite Dead”. I coś w tym pewnie jest. Jak zaś to wszystko wypada nam pod kątem muzycznym? I kto zastąpił Jonesa?

Nowym wokalistą jest Brendan Radigan z USA. Koleś, który przewinął się przez kilkanaście mniej lub bardziej znanych zespołów. I ja się wcale nie dziwię, że zespół wybrał go na następcę Terry’ego Jonesa, bowiem brzmi niemal identycznie. Serio, kilkukrotnie sprawdzałem, czy to aby nie jest jakiś album ze ścieżkami wokalu zarejestrowanymi jeszcze przed śmiercią tego ostatniego. A że jego wokal jest dość charakterystyczny, a ja dodatkowo bardzo lubię jego barwę, to uważam, że Brendan odnalazł się w tym zespole w stu procentach. Gość ma nawet podobny feeling – a jeśli tylko naśladuje poprzednika, to robi to w sposób niemal mistrzowski. Natomiast pod kątem muzycznym „Never Quite Dead” jest albumem jakby lżejszym od wcześniejszych płyt. Otwierający całość „Saints and Sinners” ma fajny heavy rockowy vibe. I dość mocno wyróżnia się na tle pozostałych utworów, bowiem zdecydowana większość płyty utrzymana jest w spokojnym tonie, niemal balladowych numerów. Oczywiście, zdarzają się bardziej energiczne momenty (świetny „Madame M’Rachel’s Grave” czy chyba najbardziej doom metalowy na całej płycie „The Dead’s Last March”), jednakże mój ogólny odbiór tej płyty sprowadza się do tego, że to chyba najspokojniejszy i – nazwijmy go – najładniejszy krążek Pagan Altar. A przecież ten zespół znany był z zajebistych melodii, często bardzo pięknych, ale równocześnie często też zadziornych. Natomiast na najnowszej płycie bardzo dużo miejsca zajmują delikatne, stonowane numery. Nawet też nie tyle bardzo epickie (choć zamykający całość, dziewięciominutowy „Kismet” to jakość sama w sobie, a właśnie niesie olbrzymi ładunek wzniosłości i pięknie się rozwija), po prostu ładne i spokojne.

Czy to dobrze? No w sumie dlaczegoby nie? Pagan Altar potrafi w melodie, które są po prostu ładne. Na „Never Quite Dead” jest ich jakby po prostu więcej. Lub może mi się tak wydaje. Czy podoba mi się bardziej niż choćby „The Room of Shadows”, o innych wcześniejszych nie wspominając? Nie. Ale to nie znaczy, że jest słaby. Jest po prostu trochę inny, trochę lżejszy, stąd też na ten moment nie plasuje się u mnie na podium, jeśli chodzi o twórczość Brytyjczyków. Natomiast jak najbardziej zachęcam do zapoznania się z nim, bo na pewno na to zasługuje. Przecież w dalszym ciągu to bardzo dobry krążek.

Dying Victims Productions – Label & Distro for Heavy, Speed, Thrash, first wave Black & Death Metal

http://www.paganaltar.com/

Pagan Altar > Never Quite Dead
Oracle
19341 tekstów

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Chainlacing „Messuage”Recenzje

Chainlacing „Messuage”

BartBart18 września 2026
Jóse Luis Cano Barrón „Sarcófago. Sex, Drinks & Metal”Recenzje

Jóse Luis Cano Barrón „Sarcófago. Sex, Drinks & Metal”

OracleOracle16 września 2026
Warfist „Totengasse”Recenzje

Warfist „Totengasse”

BartBart15 września 2026

Skomentuj