Wydawca; Godz ov War Productions
Wiecie co, ludzie to chyba naprawdę mają czasem uszy w dupie. Albo myślą jakimiś dziwnymi kliszami. Dlaczego? Ano – rzadko to robię, ale jakoś tym razem się skusiłem i zanim zasiadłem do recenzji najnowszego materiału Onslaught Kommand, przeczytałem jedną recenzję. Nie powiem gdzie, bo łatwo znaleźć. I se myślę – może recenzent ów słuchał innej płyty niż ja?
Bo ja włączam na ten przykład „Malignancy” i nie słyszę tu naprawdę żadnego Archgoat czy Proclamation, nawet jak bardzo nastawię uszu. Nie słyszę też Hellhammer ani Possessed, choćbym biegał jak Kołodziejczak z Agrounii dookoła i wszystkich uciszał. Ni chuja. A co słyszę? Może to skrzywienie, ale pierwszym zespołem jaki przyszedł mi na myśl po odpaleniu debiutu Chilijczyków było Dead Infection – a to z uwagi na chropowate i zbasowane odpowiednio brzmienie gitar, jak też na głęboki growl z charakterystycznym pogłosem. I pewnie dlatego polubiłem się z tym materiałem już na wstępie. Zresztą, kompozycyjnie utwory „Malignancy” też nie odbiegają od tego co możemy usłyszeć na „Chapter of Accidents”, ale też innych klasykach – choćby „Horrified” czy „Reek of Putrefaction” lub „From Enslavement to Obliteration” tudzież „Been Caught Buttering”. Onslaught Kommand czerpie z brutal death metalowej i grindowej klasyki aż miło. Nie twierdzę oczywiście, że są to jedyne wpływy na ich debiucie, ale zapewniam Was – wyszukiwanie tutaj jakichś black/death metalowych inklinacji to zadanie karkołomne i raczej skazane na niepowodzenie.
OK, zdaję sobie sprawę, że takie podejście recenzenta może być pokłosiem logówki, kraju pochodzenia czy niektórych tytułów, a także – co najważniejsze – wcześniejszych dokonań Onslaught Kommand. Owszem, na demówce wpływy Kanady są bardzo słyszalne. Ale przez te dwa lata muzyka Chilijczyków na tyle ewoluowała, że moim zdaniem są to jakby dwa różne zespoły. Te wczesne numery zespołu nie były złe, ale muszę przyznać, że ta nowa, niemal całkowicie death/grindowa odsłona zespołu bardziej mi pasuje.
Właśnie – jak już opisałem co słychać, a czego nie słychać na „Malignancy” to pasowałoby się wypowiedzieć, czy w ogóle podoba mi się ta muzyka. No tak. Jeśli chodzi o grindowanie, to właśnie takie w stylu jak wyżej najlepiej wpisuje się w moje gusta. Chilijski kwartet radzi sobie na tym polu całkiem nieźle, choć nie mogę powiedzieć, że łeb mi upierdoliło przy samej dupie zaraz po odpaleniu „Malignancy”. Aż tak to nie, jednak potwierdzam – to niezły album i słucha się go z niekłamaną przyjemnością. A że po odsłuchu w głowie zostaje mi głównie „ten growl co brzmi jak w Dead Infection”? Lepiej tak, niż w ogóle.
http://godzovwar.com/
https://onslaughtkommand.bandcamp.com





