Wydawca: Selfmadegod Records
Sprawa z Nuclear Holocaust wygląda tak, że jak doszło do mnie ich debiutanckie demo, opisywano je jako thrash/death, na co krzywiłem się, bo słyszałem tam wiele więcej grinda. Zaś od jakiegoś czasu wałkuję „Overkill Commando” – pełnowymiarowy debiut kapeli, gdzie dostajemy już w ryj klasycznym grindem właśnie.
Więc co? Znów miałem rację? Ano znów. A powiem Wam więcej – o ile demo kopało po dupie trochę, o tyle debiut kopie bardzo. Mamy tu jeszcze większą petardę, eksplodującą tak, że wyrywa Wam łapę, krew bryzga a palce rozlatują się po pokoju. No serio, nie ma przebacz, wejście smoka i kopniak z półobrotu. A mówię tylko o pierwszym numerze. Pierwszym z dwudziestu, każdy czci nuklearnego szatana na swój wspaniały, grindujący sposób. Owszem, można jakoś tam wychwycić thrash metalowy motyw, ale doprawdy nie ma ich wiele, ledwie kilka, które i tak nikną w tłumie grind core, niczym mały różowy króliczek w inwazji zombie z okładki. Jest to oczywiście prosta i pędząca przed siebie muzyka, ale chyba nikt nie spodziewa się po zespole o takiej nazwie rozmemłanej wirtuozerii a’la Steve Vai. Tu się napierdala.
A powiem Wam jeszcze coś – jak sobie ostatnio zapodałem „Overkill Commando” to automatycznie zwiększyłem obciążenie i napierdzielałem jak szalony. Więc panowie i panie – nie czekać, tylko brać!
Ocena: 8/10
Tracklist:




