Wydawca: Moribund Records
Na początek muszę od razu wyjaśnić: to NIE jest recenzja najnowszej płyty polskiej super grupy z Cezarem za kierownicą, tylko kapeli o tej samej nazwie, ale pochodzącej z dalekiej Australii, parającej się zgoła odmiennymi klimatami.
Moon australijski może i obraca się w kręgach Black Metalu, ale nie tego klasycznego, ale tego kosmicznego. Nazwa ta została użyta nieprzypadkowo, bo inaczej nie da się określić tego wolno sączącego się czarnego metalu, w którym zawodzące skrzeki przeplatają się z patetyczną masą klawiszy. Nie będę udawał, że w eleganckiej formie taka muzyka mi się podoba. Moon jednak do mnie nie przemawia. Słuchając tej płyty mam nieodparte wrażenie, że maestro, który stoi za tym projektem, czyli niejaki Miasmyr nasłuchał się do obrzydzenia leśnych metalowych ludków. Posłużę się tu humorystycznym porównaniem. Słuchając „The Nine Gates” mam wrażenie jakby bandę trolli, elfów i innych hobbistów pozbawić piszczałek i harmonijek, załadować do kupy w rakietę sojuz a następnie wypierdolić to całe wesołe towarzystwo w kosmos i niech sobie leci przez jego bezkres w pizdu. Czyli bardziej konkretnie: płyta do mnie nie przemawia.
Są kapele, które potrafią świetnie wbić się w ten kosmiczno – ambientowy styl a są takie, które tego nie potrafią. Moon nie robi tego najlepiej i z tego względu taka ocena. Nie sądzę żebym wracał do tego materiału.
Ocena: 4 /10
Tracklist:
| 1. | The Rejection of Flesh | ||
| 2. | Inhale Darkness | ||
| 3. | Poison from the Abyss | ||
| 4. | Sabbat | ||
| 5. | Astral Blood | ||
| 6. | Lillu Drowning | ||
| 7. | Spiritless Winds | ||
| 8. | Gate of the Moon |




