Wydawca: Iron Bonehead Productions
Ale dawno nie zrecenzowałem niczego z Iron Bonehead Productions. Koniecznie trzeba nadgonić ten brak – pomyślałem, a w sukurs przyszło mi promo debiutanckiego materiału Moon Incarnate.
Po nazwie możecie obstawiać jakiś zimny black metal, ale jeśli tak zrobiliście – no to właśnie moglibyście przegrać gruby hajs. Pamiętajcie, hazard to zło. A wiecie, dlaczego byście się spłukali doszczętnie? Bo Moon Incarnate porusza się w zgoła odmiennej stylistyce.
Sam wydawca opisuje muzykę duetu zza naszej zachodniej granicy jako hołd dla trójcy z Peaceville Records, czyli Paradise Lost, My Dying Bride i Anathema. I chyba się zgodzę. „Hymns to the Moon” składa się z siedmiu kompozycji, które rzeczywiście brzmią jak żywcem wyciągnięte z 1993 roku. Przy czym ja dorzuciłbym tu jeszcze kilka innych nazw, bo chwilami zalatuje mi ta muzyka grecką sceną black metalową – ale to raczej w tych momentach gdy mamy klawisz i deklamację. Są to więc śladowe ilości. Poza nimi, faktycznie brzmi to jak hołd dla Brytyjczyków z wymienionych zespołów. Dorzuciłbym też Unholy. Dostajemy też moc różnorodności jeśli chodzi o wokale – od głębokiego growlu, do czystego głosu w kilku barwach. Ale bez cepeliady. Całość natomiast spięta jest klamrą ponurego nastroju, charakterystycznego dla tych trzech kapel, a w szczególności dla twórców „Turn Loose the Swans”.
I to właśnie jest najważniejsze – Niemcy totalnie oddają klimat najlepszych albumów z tamtego okresu i dodają coś tam jeszcze, póki co nieznacznie, ale zawsze, od siebie. A w tej muzyce łatwo chyba przekroczyć linię i przejść z pozycji bycia ponurym w płaczliwą pizdę. Moon Incarnate natomiast dzielnie trzyma się kanonów i dobrych wzorców. Dlatego też „Hymns to the Moon” potrafią się kręcić u mnie po kilka razy pod rząd – szczególnie, że ten album nie jest wybitnie długi. Czterdzieści kilka minut to wręcz idealny czas, żeby poznać Moon Incarnate i polubić.
https://www.facebook.com/moonincarnatedoom
https://www.facebook.com/IronBoneheadProductions




