Nie było jakoś za bardzo chętnych na wyjazd w czwartkowe popołudnie z Rzeszowa na All Worlds in Decay Tour, więc wziąłem sprawy w swoje ręce i pojechałem sam. Koncert ten stał się też zalążkiem urlopu i fajnego wyjazdu, więc same korzyści.

Przyjechałem po południu do Krakowa, szybko ogarnąłem nocleg i pojechałem do Zaścianka. Byłem tam pierwszy raz. Pierwsza moja myśl: „kurwa, oni w tej dziupli organizują Blasphemy?” Klub zajebiście mały. Jedna większa sala i kawałek korytarza. Tyle. Na Misþyrming było nabite dość mocno, a z tego co wiem, to koncert nie był wyprzedany… W nieco większym klubie byłoby zdecydowanie bardziej komfortowo. Tutaj niestety każda wizyta w kiblu była przepychaniem się między ludźmi kupującymi piwo z rollbaru (pomysł akurat godny pochwały), a zainteresowanymi merchem. Obserwuję też sytuację, w której sporo koncertów jest tam organizowane. Serio? Nie macie w Krakowie lepszej (albo przynajmniej ciut większej) knajpy? Ale dość tego narzekania. Teraz będą już tylko same superlatywy, no może poza jednym komentarzem, który będę musiał dodać a propos knajpy.

Wbiłem do klubu jak już Gorrch grał około 10 minut. Nie miałem wielkich oczekiwań wobec Włochów. Coś sprawdziłem przed koncertem i ten ich kakofoniczny black metal nie za bardzo mi spasował. Plan był następujący: dwa zdjęcia pod sceną, taktyczny odwrót, zakup piwa, wycieczka na merch. Co wyszło z tego planu? Nic! Stało się ostatecznie tak, że wbiłem pod scenę na zdjęcia i zostałem tam cały gig tak mnie wciągnął ten duet w swoje muzyczne sidła. Po pierwsze było ich dwóch (właśnie napisałem, że duet). Perkusista pełnił również rolę wokalisty, a na twarzy miał mikrofon przytomniacy maskę z Mad Maxa. Albo była to taka maska z mikrofonem. Nieistotne. Ta muzyka nie była jakoś niesamowicie porywająca, ale wpadłem w nią jak w bagno. Nieco chaotyczne, transowe granie, obłędne wokale z naprawdę szerokim wachlarzem wrzasków (i nie tylko) robiło niesamowitą robotę. Kurwa to „Vorango” jak zabrzmiało, to ja nie mam pytań. Ciarki! Słuchało mi się tej muzyki na żywo wspaniale. Zajebiście mnie goście przekonali. Słucham ich muzyki w momencie pisania tej relacji i widzę, że zespół naprawdę ma potencjał, a to co robi wyróżnia się oryginalnością. Koniec występu przyszedł niespodziewanie. Zerknąłem pod sklepiki kapel: na ten moment nie ma szans się dopchać to idę po piwo. 17 zł 0,4 paskudnego Okocimia… Ja naprawdę już nie chce na to narzekać, bo składa się na tą cenę mnóstwo czynników, ale dzień później pojechałem do Czech, gdzie kufel znakomitego piwa w knajpie w centrum pięknego miasta kosztuje często poniżej 10 zł. Tam się da, a w Polsce się nie da? Definitywny koniec narzekania.

Na scenę wkracza Profanation, pierwsze riffy i publice czapki z łbów pozrywało. Te ich dwa strzały w postaci „Ultra-Noise Warfare” oraz „Skull Crushing Violence” to są niesamowite sztosy i jestem w chuj sobą zawiedziony, że nie poznałem tych materiałów nieco lepiej przed koncertem. Goście nie do końca pasowali do koncepcji tego wieczora, ale postawili mieć to totalnie w chuju i zagrać taki koncert żeby ludzie z chęcią i uśmiechem na ustach łamali sobie kości w młynie.  Na szczęście nie dosłownie. Ale zabawa była przednia. Mało tego, odniosłem wrażenie, że spora cześć ludzi była tam wyłącznie dla ich koncertu. A koncert zagrali wybitny, totalny luz, ogromna radość z grania i z tego, że mogą dzielić się swoją sztuką z tak znakomicie ich przyjmującym tłumem. Zakładałem, że będzie dobrze, spodziewałem się, że kapela może mieć zadatki na odjebanie koncertu wieczoru. Finalnie im się to nie udało, bo jednak Islandia mi zrobiła większe kuku, ale jeśli chodzi o drugie miejsce w kategorii koncert wieczoru, to mają je u mnie zaklepane na 100%.

Piękny to był koncert, ale niestety musiał się skończyć. W drodze do kibla rzuciłem okiem na sklepiki i zrobiłem wstępne rozpoznanie. Przerwa długo nie trwała, więc wpuściłem w gardło kolejne 17 zł i poszedłem oglądać francuzów z Necrowretch. Napisze od razu, że „Swords of Dajjal” robi mi bardzo dobrze, ale pozostałe płyty jakoś mi nie do końca podchodzą. Nie wiem z czego to wynika. Stylistycznie jest to podobna bajka, ale to odstani pełniak chyba jest najbardziej dopracowany i przepełniony fajnymi riffami. Z ostatniej płyty to wyłapałem: „Ksar Al-Kufar”, „Dii Mauri” i „Vae Victis”. Mogło coś mnie jeszcze ominąć, bo krążyłem sobie w czasie ich koncertu chwilę. A czemu? A no dlatego, że mnie nie porwali. Niby sie muzycznie wszystko zgadzało, na scenie też prezencja odpowiednia, ale całość po prostu nie powaliła. Czego zbrakło? Nie mam pojęcia, może jakiegoś pierwiastka bliżej nieokreślonej magii, który zamienia odgrywanie muzyki na żywo w mistyczne przeżycie. Nie wiem. Wiem, że zakup koszulki Misþyrming w pewnym momencie pochłonął mnie znacznie bardzie niż to, co działo się na scenie. Niestety muszę zakwalifikować występ Necrowretch, jako najsłabszy tego wieczoru. A czemu Gorrch lepiej? Bo Gorrch mnie zaskoczył!

Dobra przejdźmy bez pierdolenia do głównego dania tego wieczora. Przyjechali z przepięknej i surowej krainy, mieli ogień w sercu, a w ich żyłach płynęła wrząca lawa. Misþyrming! Napisze od razu, że rozjebali mnie i cała tą śmieszną budę w drobne drzazgi. Swoboda grania, miłość do black metalu, energia, pasja i ten umykający zmysłom pierwiastek nadnaturalny stworzyły koncert perfekcyjny. Oczywiście na sam początek intro w postaci „Hælið” (coś się jebało z dźwiękiem niestety), które zostało bezpretensjonalnie zniszczone za pomocą „Söngur heiftar” (zaczynamy od debiutu? Nice!).  I to nie był jedyny kawałek z pierwszej płyty! Potem „Orgia” i ja już jestem wdeptany w ziemię. Było też „Algleymi”, „Alsæla” czy „Engin vorkunn”. Zagrali też coś, czego nie rozpoznałem wychodzi na to, że to nowy kawałek. Było melodyjnie. Nawet bardzo. Czekam jak pojebany, liczę na to, że kolejna pełna płyta jest już na horyzoncie. Jedynie, co mnie lekko ukłuło to brak „Ísland, steingelda krummaskuð” w setliście, ale nie można mieć wszystkiego. Tu nie ma co pisać za dużo, jedne z najlepszych koncertowych 55 minut tego roku. Misþyrming to jest zespół wybitny zarówno studyjnie jak i (a może przede wszystkim) koncertowo.

Ruszyłem w kierunku noclegu ze śpiewem na ustach z koszulką ściśniętą w dłoni niczym święta relikwią i z myślą, że jestem szczęśliwym człowiekiem.

Pathologist
1175 tekstów

Bestial Laceration VII: प्रलय, Cold Earth, Necropole i Clandestine Blaze; Chorzów, Leśniczówka; 12.09.2026Relacje

Bestial Laceration VII: प्रलय, Cold Earth, Necropole i Clandestine Blaze; Chorzów, Leśniczówka; 12.09.2026

PathologistPathologist21 września 2026
Scorned Congregatios vol. 1: Grand Belial’s Key, Arghoslent, Infernal War, Haeksenhamer; Chorzów, Klub Leśniczówka; 29.08.2026Relacje

Scorned Congregatios vol. 1: Grand Belial’s Key, Arghoslent, Infernal War, Haeksenhamer; Chorzów, Klub Leśniczówka; 29.08.2026

BartBart8 września 2026
Mystic Festival 2026; Tereny stoczni w Gdańsku; 3 – 6 czerwca 2026Mystic Festival 2026Relacje

Mystic Festival 2026; Tereny stoczni w Gdańsku; 3 – 6 czerwca 2026

ŁysyŁysy1 lipca 2026

Skomentuj