Wydawca: Hell’s Headbangers Records
Ha, skurwiałe metalowce pewnie nie mogły się doczekać kolejnej dawki piosenek o kobietach, nocy, złu, gwałtach i czarnym rock’n’rollu! Ja nie mogłem!
Ale wreszcie się zjawił i wałkuję go dzień w dzień – nowy album Midnight. Skóry, kaptury, gwoździe i płomienie – oto i esencja metalu a’la Midnight. „No Mercy For Mayhem” brzmi tak naprawdę w sposób, w jaki oczekiwałem, że brzmieć będzie. Jest obskurnie, niemiło i powiedzmy, że prymitywnie – choć jak dla mnie o wiele trudniej jest pewnie wymyślić prosty, lecz kopiący po dupie numer niż splątany jak spaghetti moloch, w którym nie wiadomo o co chodzi. A tutaj – włączamy i wiemy, że należy przyjebać do pieca czarnym jak smoła rock’n’rollem. Chyba, że ktoś woli nazwać to black/speed metalem – też może być. Prostota to podstawa – kawałki Midnight jak zwykle wpadają w ucho od razu, od razu się je zapamiętuje i wykrzykuje teksty razem z Athenarem i chuj Was obchodzi, że kierowcy z samochodu obok na światłach patrzą dziwnie i pewnie się zastanawiają, czy dzwonić na policję (true story). Ładunek, jaki przy tym niosą jest widoczny gołym okiem, bo nachodzi Was chęć destrukcji. Midnight nie można nie doceniać. Śmierdzi to to, nie wiadomo, czy siarką czy piekielną chucią, czy zimnym zapachem cmentarza w blasku księżyca – to wszystko znajdziecie na „No Mercy for Mayhem”, której nie docenią tylko ostatnie cipki wychowane na Amon Amarth i Sabaton że o Hunter nie wspomnę.
Brud, smród i metal są wyznacznikami kompozycji Midnight, osobnicy zwichrowani na pewno znajdą nutę dla siebie na tej płycie i będą się nią rozkoszować. A gdy już zalegnie cisza będą się czuć nieswojo i włączą „No Mercy For Mayhem” raz jeszcze.
Ocena: 8/10
Tracklist:




