Wydawca: Godz Ov War Productions
No przyznam, że jak każdemu normalnemu mężczyźnie Chorwacja do dziś kojarzyła się raczej z pięknymi Chorwatkami niż z jakimiś metalowymi wyjcami. Ale przyszedł Greg z Godz ov War i zepsuł mi całą optykę.
Nie sam – on tylko powinien dostać wyrok za pomoc w przestępstwie, a przeważający ciężar winy powinien spaść na duet działający pod nazwą Hereza. Duet tenże sprokurował bowiem czterdziestominutowy album zatytułowany „I Become Death” i już na dzień dobry powiem – jeśli lubicie szybsze Motörhead to jesteście w domu, hehe… No dobra, bo zapewne są wśród Was tacy, którzy nie znają się na scenicznych inside jokeach. Hereza napierdala po prostu mocno przyszwedzony death metal, ale faktycznie – tu i tam można odnaleźć sporo d-beatowo/punkowych motywów, jakieś tam więc powinowactwo z siódmej wody po kisielu z Lemmym można odnaleźć. Co cechuje „I Become Death”? Przede wszystkim ekspansywna energia – po włączeniu albumu w zasadzie nie ma kąta w waszym domostwie, w którym nie dostawalibyście po uszach dismemberowatym metalem śmierci. Wyborna młóckarnia, z grubymi, tłustymi riffami (choć fakt – chrząstki chrzęszczą w szczęce czas cały!), gdzie wszystko składa się na klasyczny przykład szwedzkiej death metalowej petardy, tylko że pochodzącej z trochę innej części globu. Nawet kiedy trzeba to taką typowo szwedzką melodią przysłodzą, jak w „Full Moon Slaughter” – no po prostu wiedzą, co takim ograniczonym metalowcom jak na przykład ja może się spodobać.
Kurwa, strasznie dobre to granie. Molestujcie więc kogo trzeba swoimi pieniędzmi, żeby Wam podesłał „I Become Death”, bo warto. Rzekłem.
Ocena: 8/10





