Nic nie poradzę, że jestem takim prymitywem i czasem bardzo dobrze robią mi rzeczy najprostsze, oparte na kradzionych riffach, gdzie nie ma ni krzty oryginalności, tylko czysta, szczera energia. I nawet nie chcę nic na to poradzić.
Taki Heretic. Znam ich już od dawna, doskonale wiem, co znajdzie się na każdym kolejnym albumie, a mimo to czekam na niego z niecierpliwością. Nie inaczej było w przypadku „Underdogs of the Underworld”. To album złożony z samych punk metalowych hitów. Każdy, literalnie każdy utwór jest murowanym koncertowym killerem. Każdy, literalnie każdy numer to istna petarda, któa sprawia, że moje serce szybciej pompuje krew. Proste, rytmiczne, wpadające w ucho granie, z riffami skradzionymi Motorhead („Sexkommander”), Slayer („Black Metal Punks”), Venom (praktycznie wszystko co stworzył Heretic ma w sobie ich ducha), punka („Godless Masters, Savage Bastards”) – no co byście sobie nie wyobrazili z takich luźnych, butnych klimatów. Do tego numery traktują w większości o ruchaniu lub metalu tudzież Szatanie, czyli nie będziecie się musieli wysilać na interpretację tekstów, do czego często zmuszają Was inni tekściarze, hehe… Nie – Heretic na swoją muzykę ma prosty przepis: weź wszystko co najlepsze z metalu i punka, dodaj do tego parę cycków i cipeczkę, skórę i alkohol, wymieszaj to dokładnie i wyjdzie coś na miarę „Underdogs of the Underworld”. I ja to kupuję, bo jestem – powtarzając za Kmicicem – łotr, łajdak i śmierdzące bydle. Taka muzyka jest dla mnie esencją metal punka, jego prostoty i siły.
No to tak – metal punki na lewo, reszta brandzlująca się przeintelektualizowanym pseudo metalem – wypierdalać. To nie jest muzyka dla Was.
Ocena: 10/10
Tracklist:





