Wydawca: Helter Skelter Productions
Z trzecim albumem powraca z samych piekieł Hellfire Deathcult. Jak spisali się na nim chicagowscy piewcy śmierci, bluźnierstwa i chaosu? Sprawdziłem i powiem Wam tak…
No nieźle. Każdy kto nie miał przyjemności obcowania z ich morderczymi black/death metalowymi ejakulacjami, a w jakiś sposób ciągnie go do sceny Ross Bay powinien czym prędzej nadrobić ten stan rzeczy. Gruzowaty i szybki przyczerniany death metal jest w zasadzie tym, co powinno przyciągnąć uwagę każdego, kto w czarnych okularach i kapturze popierdala nocą przez lokalny cmentarz z włączonym Upadłym Aniołem Zagłady na słuchawkach. Nic Was tu nie zaskoczy z jednej strony, a z drugiej – to chyba jeden z najbardziej konserwatywnych odłamów metalu w ogóle, więc nie wiem czy właśnie tego powinniście oczekiwać. „Al nombre de la muerte” to trzydzieści pięć minut hołdu dla war metalowych tuzów, choć chwilami łapię się, że jednak czegoś im jeszcze odrobinę brakuje, pomimo całej brutalności przekazu tej muzyki. Jedenaście numerów jednak przelatuje szybko i niejednokrotnie zdarzało mi się włączyć replay, więc nie jest chyba tak źle. To znaczy jest źle, ale tak ma być.
No to szybko poszło. Generalnie, jeśli na przykład wróciliście właśnie z Byczyny i mało Wam muzycznego wpierdolu, możecie śmiało sięgać po najnowszą propozycję Hellfire Deathcult.
Ocena: 7/10
Tracklist:




