Wydawca: High Roller Records
Zacznę może od tego, że mnie, jako humaistę z magystrem, boli ta kropka po „dr”. Wszak wiadomo, że w języku polskim kropki w tym miejscu być nie powinno.
Ok, skończyłem się czepiać pierdół. Przejdźmy do rzeczy ważniejszych, niż umowne zasady interpunkcji. Dr. Livingdead to kapela napierdalająca thrash metal / crossover w trochę parodiującym stylu. Zresztą, obczajcie ich logo i zrozumiecie. Ale, nieważne czy śpiewają o dupie Maryi czy o ultra piekielnych sprawach, ważne, że robią to w dobrym stylu. Osobiście „Dr. Living Dead” kojarzy mi się na przykład z Nuclear Assault, D.R.I., Stormtroopers Of Death, a z nowszych rzeszy – chociażby z Gama Bomb. Kapela gra niesamowicie (patrząc na okładkę, chciałoby się rzec „nieziemsko”) intensywnie, bardzo szybko i krótko. W zasadzie tylko jeden utwór przekracza tutaj trzy minuty. I to szaleństwo czuć u Dr. Livingdead, krążek przemyka, ale coś tam jednak w głowie po nim zostaje. W tym sensie, że sporo tutaj melodii, które zapadają w pamięć, riffów, które jakoś tam osiadają pod czaszką, by ujawnić się w niespodziewanych momentach – „My Brain Is For Sale” na przykład przypomniało mi się dziś ni z dupy ni z pietruchy przy myciu samochodu. Bez związku, zaznaczam. Chodzi mi jedynie o to, że coś w sobie ma ten Dr. Livingdead, dobrze się słucha tego ich debiutu, noga chodzi, głowa chodzi, adrenalina buzuje – oto przecież biega w thrash metalu, nie?
Podoba mi się ta muzyka, nie jest oryginalna, na pewno łyknie ją thrash metalowa młodzież, ale uważam, że nie tylko z tego powodu, powinna zagościć pod strzechami. Miło napierdalają. Po prostu.
Ocena: 8/10
Tracklist:




