Skip to main content

Oracle: Hailz! Na początek – gratuluję świetnej płyty. Co lepsze – nie spodziewałem się, że będzie ona aż tak dobra. Debiut był okej, ale jakoś nie wracałem do niego często, natomiast „In Repugnant Adoration” rozjebało mnie i wracam do niej systematycznie. Czujecie, że zrobiliście tym krążkiem olbrzymi progres?

Necro Docre: Tak, zdecydowanie. Włożyliśmy dużo więcej pracy w ten album, niż miało to miejsce przy „Devil Inspired Chants”. Mówię zarówno o kompozycjach, jak i produkcji. Wchodząc do studia, wiedzieliśmy co chcemy uzyskać w kontekście brzmienia. Teraz i tak byśmy zrobili pewne rzeczy trochę inaczej, dlatego przy kolejnym albumie również planujemy przeskok jakościowy.

O.: Pięć lat przerwy między jednym a drugim albumem to dość spora luka. Co się działo z Devilpriest w tym czasie? Koncertowo byliście aktywni, bo sam Was widziałem z raz czy dwa, jednak nie spieszyliście się z nową płytą?

N.D.: Zagraliśmy kilka koncertów, nie było tego zbyt dużo. W międzyczasie staraliśmy się komponować nowy materiał, ale trudności z wypracowaniem wspólnej wizji komplikowały sprawę. W końcu postanowiliśmy podjąć radykalne kroki i zreformować skład Devilpriest.

O.: Na ile wpływ na odstęp czasowy między debiutem a drugim krążkiem miały zmiany w składzie? Michałów już z Wami nie ma, czy stoją za tym jakieś pikantne szczegóły czy po prostu proza metalowego życia?

N.D.: Wewnętrzne problemy z obraniem kierunku, w którym zespół ma się rozwijać to główny powód tego rozciągnięcia w czasie. Zmiany w składzie wreszcie odblokowały ten proces.

O.: „In Repugnant Adoration” wyszło nakładem Odium Records i jest jednym z najlepszych wydawnictw. Nie wszyscy na scenie jednak lubią Shadowa – nie obawialiście się, że jakieś tam indywidualne uprzedzenia wobec niego wpłyną na postrzeganie Devilpriest czy konkretnie tego albumu?

N.D.: Najważniejszą kwestią jest to, co wytwórnia może zaoferować zespołowi. Przede wszystkim Odium nie szuka oszczędności na jakości swoich wydawnictw (poligrafia etc.) i reklamach. Ponadto w pierwszym miesiącu po wydaniu płyty mieliśmy więcej wywiadów do zrobienia niż podczas całej naszej „przygody” z Pagan Records. Jeżeli interesuje Cię muzyka i zespół, to spojrzysz na sprawę tak samo jak ja, w końcu każdy chce trzymać w rękach fajnie wydane CD i/lub LP. Jeżeli, jednak bardziej interesuje Cię kto, z kim, kiedy i gdzie to i tak nie zrozumiesz co chcemy przekazać słowami Diabelskiego Kapłana.

O.: Skoro o wydawcach mowa – debiut wyszedł w Pagan Records. Co potoczyło się nie tak, że Tomasz nie wydał Wam już drugiej płyty? Czy to tylko moja opinia, że tak jak kiedyś ten label wydawał same sztosy, tak teraz pojawiają się u nich wydawnictwa normalnie słabe jak jakiś Pandrador czy Ols?

N.D.: Kiedyś to było kiedyś, inne czasy, 5 zespołów na odwrócony krzyż w tym trzy zajebiste. Pagan Records nie wywiązał się w 100% z obowiązującej nas umowy, tyle powinno wystarczyć.

O.: Przyznam się, że debiutancki krążek nie wszedł mi tak dobrze jak „In Repugnant Adoration”. Generalnie – był OK, ale moim zdaniem czegoś mu brakowało. To taki pierwiastek diabelstwa, który z kolei wypełnia już po brzegi nową płytę. No i chyba nowy album jest bardziej bezpośredni – jak sami sądzicie?

W przypadku Devilpriest muzyka jest kompromisem wypracowanym na próbach. Pierwszy album powstał w składzie, który wymuszał większe ustępstwa. Stąd, moim zdaniem album, który jest dobry, ale brakuje mu spójności. „In Repugnant Adoration” skomponowaliśmy we dwóch, a nasze spojrzenie na to, w którym kierunku powinniśmy podążać jest zbliżone. Zależało nam na tym,  żeby wtłoczyć więcej atmosfery w muzykę, co na pewno się udało. Jest też więcej bardzo szybkich partii, dzięki temu całość wydaje się bardziej bezpośrednia.

O.: Z drugiej strony ni chuja nie czaję okładki nowego krążka i pod tym względem „Devil Inspired Chants” przewyższa w mojej opinii dwójeczkę. Więc proszę teraz o wyjaśnienie mnie, a może i komuś innemu, kto ma podobny problem – co w ogóle przedstawia frontcover „In Repugnant Adoration” o ile w ogóle coś konkretnego przedstawia?

N.D.: Są okładki takie jak „Tomb of the Mutilated” i są takie jak „Formulas Fatal to the Flesh”. Okładka do „„In Repugnant Adoration” nie jest okładką samą w sobie, ale elementem komplementarnym do muzyki i tekstów. Na nośnikach fizycznych, ale również w wersji cyfrowej dostępnej na naszym profilu Bandcamp znajdziesz wstęp do płyty, opis tego czym jest ten album, czego dotyczy wersja tekstowa i jaki jest optymalny sposób zgłębiania całości. W skrócie, skupienie się na okładce i powolne analizowanie szczegółów w odniesieniu do tekstów i muzyki jest kluczem.

O.: Nie tylko Odium Records wydało Wasz drugi album, ale znalazłem info że na kompakcie wydała to również bliżej nieznana mi wytwórnia Spreading the Pest Productions. O co chodzi z tym wydaniem? Jakie są różnice między wersjami, o ile w ogóle są?

N.D.: Spreading the Pest to niewielka, ale prężnie rozwijająca się wytwórnia z Chile. Niebawem może to być jeden z największych graczy w tamtym rejonie, jeżeli chodzi o ekstremalny metal. Podobnie jak Odium nie uznają kompromisów jeżeli chodzi o jakość ich wydawnictw. Wydania Odium i Spreading the Pest różnią się kolorystyką poligrafii. Myślę, że to świetne rozwiązanie z punktu widzenia kolekcjonera.

O.: Zdecydowaliście się na cover Black Crucifixion – wielkie brawa i szacunek za oryginalność i przypomnienie o tym niedocenionym w chuj zespole, którego materiały ma w Polsce ze 100 osób. No i to implikuje pytanie – dlaczego oni? Nie prościej byłoby zrobić kolejną przeróbkę Bathory, albo bliżej Waszej stylistyki wczesnego Mrobid Angel czy im podobnych, chwytliwych nazw?

N.D.: Powody są dwa. Po pierwsze Black Crucifixion to jeden z najbardziej niedocenionych zespołów fińskiej sceny BM. Bardzo zależało mi na tym, żeby nie tylko o nich przypomnieć, ale też oddać im pewnego rodzaju hołd w postaci naszego coveru. Po drugie „Flowing Downwards” to świetny utwór sam w sobie. Przerobiliśmy go w taki sposób, że idealnie komponuje się z resztą albumu, to moim zdaniem najlepsze w robieniu coverów – zagrać go tak, jakby to był Twój własny numer.

O.: Trzonem Devilpriest jest duet Tom i Łukasz. Różnica wiekowa między Wami jest mimo wszystko dość znaczna – jak określilibyście wpływ tego faktu na Waszą twórczość pod szyldem Devilpriest?

N.D.: Mój wiek metaboliczny/sprawnościowy (według Garmin) to 33 lata, także różnica nie jest już taka duża.

O.: Poza Wami obecny skład Devilpriest zasilają Passage de Rais i M.Prelati – jak wyglądała rekrutacja do zespołu, czym się wspomniani muzycy musieli wykazać lub na odwrót – czego musieli się wystrzegać? Rozumiem, że raczej nie byłoby w dobrym tonie, gdyby praktykującymi katolikami…

N.D.: Muszą umieć grać, umieć wyglądać i czuć klimat muzyki Devilpriest.

O.: Nawiązując do poprzedniego pytania – jak nam życie pokazuje dla wielu zespołów eksplorujących ścieżkę lewej ręki, opierających swoją twórczość o satanizm albo przynajmniej antychrześcijaństwo na co dzień mocno rozmija się z głoszonymi ideami. Co chwila gdzieś tam wyskakują informacje, że któryś tam ochrzcił dziecko czy wziął ślub kościelny. Jak myślicie, skąd bierze się taka schizofrenia?

N.D.: Są ludzie, dla których Satanic Metal to biznes, teatr albo zabawa. To nie schizofrenia tylko kalkulacja, czy im się to opłaca czy nie. Osobiście wolę jednak bardziej uczciwe podejście do sztuki, obojętnie czy jest to muzyka czy inny rodzaj ekspresji.

O.: Widziałem Was na żywo kilka razy, ostatnio przed Death Worship – graliście wówczas w czarnych szatach, mocno kojarzyło mi się to wizualnie z Profanatica. I widziałem zdjęcia z koncertu przed Profanatica właśnie i tam już graliście bez szat i kapturów – żeby nikt kapeli nie pomylił czy jednak odchodzicie od tego rodzaju performance’u?

N.D.: Pewne elementy scenicznego image są sztywne, z innymi dajemy sobie pewną swobodę. Najważniejsze to i tak dobrze zagrać.

O.: Czym dla Was jest definicja ekstremy w muzyce, szczególnie w muzyce metalowej? W jakiś dziwny sposób Devilpriest jest dla mnie zespołem ekstremalnym, mimo że nie jesteście ani najszybsi, ani najciężsi…

N.D.: Nieważne czy mówimy o muzyce, czy o innej sztuce, ekstrema to przekroczenie, albo naruszenie granic, które do tej pory były uważane za definicję danego gatunku. Możesz być ekstremalnie szybki lub ekstremalnie wolny itd., nam jednak zależy na czymś innym. Muzyka Devilpriest ma być wciągająca, absorbująca słuchacza, motywująca do zgłębiania własnej, mrocznej natury.

O.: Uważacie, że ekstremalny metal jest dla każdego? Od czasu do czasu można spotkać się z komentarzami, że metal ma łączyć a nie dzielić, jestem ogromnie ciekaw waszego zdania w tym temacie?

N.D.: Każdy może powiedzieć, że coś umie albo rozumie. Na ile znasz się na flamandzkiej szkole malarstwa albo jak dobrze rozumiesz założenia dadaizmu? [w ogóle – przyp. Oracle] Tak naprawdę nie ma to znaczenia jeżeli jesteś odbiorcą, po prostu Ci się to podoba i tyle. Jeśli się zaangażujesz to zaczniesz zgłębiać temat, jeżeli nie to też ok. Gorzej, kiedy ignoranci biorą się za tworzenie. W ten sposób wypaczają daną sztukę. Ktoś, kto ma o tym pojęcie od razu to wychwyci, ale Ci „powierzchowni” odbiorcy nie mają szans.

O.: Devilpriest w sferze lirycznej, że tak się wyrażę, przesycony jest satanistycznym i okultystycznym przesłaniem. W połączeniu z muzyką wypada to przede wszystkim szczerze, nie jak u sporej części kapel, gdzie muzycy pozują z odwórconymi jezuskami, ale jak trzeba to dziecko ochrzczą albo ślub kościelny wezmą, nie mówiąc już o głosowaniu na katonarodowców… Myślicie, że takie postawy to oportunizm czy po prostu idiotyzm?

N.D.: Nie oglądamy się na boki, nie interesuje nas co robią inni. Devilpriest to pakt z diabłem. Dla nas muzyka to sposób ekspresji, a nie zarabiania pieniędzy czy zbierania „lajków” lub czegokolwiek innego, co teraz się zbiera.

O.: A skoro już o sferze lirycznej mowa, nie kusiło Was na używanie języka polskiego w tekstach czy generalnie w działalności zespołu? Kapłan Diabła w miejsce Devilpriest, kurwa, przecież to sprzedaż murowana…

N.D.: Nie kusiło. 

 O.: Jakich tworów z przeszłości brakuje Wam najbardziej na metalowej scenie? Nie ważne, czy zinów, audycji, zespołów, zjawisk – czegoś co dziś już w zasadzie nie istnieje, a dla Was było czymś ważnym, interesującym czy miało jakikolwiek wpływ na Was jako maniaków extremy?

N.D.: Dzisiaj brakuje mi autentyczności. Lata temu bycie metalowcem oznaczało wiele wyrzeczeń, potrzebne było zaangażowanie, siła woli. Obecnie wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Z drugiej strony dotyczy to każdego rodzaju sztuki, i nie tylko sztuki – znak czasów, w jakich żyjemy. Tak jak w sporcie pokonywane są kolejne rekordy, tak i w muzyce przekraczane są granice. To jest naturalna ewolucja. Słucham starych płyt – w swoim czasie one były oryginalne, pionierskie – ale dzisiaj też potrzebujemy oryginalnych wydawnictw. Celem niech będzie kultywowanie tradycji poprzez jej świadomy rozwój, nie wierne powielanie wzorców. Sztuka to nie dogmat. 

O.: Dobra, to kończymy na dziś. Jeszcze tylko powiedzcie, co kręciło się w Waszych odtwarzaczach podczas odpowiadania na ten wywiad i bardzo Wam dziękuję. Czekam na trójkę od Devilpriest z niecierpliwością póki co. 

N.D.: ANAEL „Mare”, fantastyczna płyta.

Oracle
16942 tekstów

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Newsy

Wieści od Exhumed

OracleOracle6 października 2012

Skomentuj