Wydawca: Nuclear Winter Records
Moja przyjaźń z Diabłoksiędzem na początku do łatwych nie należała, gdyż mimo zachwytów części sceny debiutem wypuszczonym w Pagan Records, mnie ten album jakoś nie ruszał. Dwójka totalnie skopała mi natomiast dupsko. No i teraz przyszła kolej na trzeci pełnowymiarowy krążek.
Nowy album nie ukazał się jednak u Tomka Krajewskiego ani u Shadowa – tym razem grupa trafiła pod opiekuńcze skrzydła Nuclear Winter Records. Które swoją drogą wydaje coraz lepsze rzeczy. Mam nadzieję, że wypromują ich ładnie – bo w chuj na to zasługują.
Pomijając okładkę, która nie do końca trafia w moje gusta (trochę „Mamy „Szał” Podkowińskiego w domu…”) z ciekawością odpaliłem ten album – czy sprosta świetnej poprzedniczce? Pewnie chcielibyście się dowiedzieć. Ja też. Serio – cały czas się waham, czy „Where I Am the Chalice, Be Thou the Lord” ją przebiło. Obie reprezentują kurewsko wysoki poziom. A jeśli jeszcze nie kojarzycie, jakimś cudem, co znajdziecie na tym krążku, to choć tu Wam pomogę. Devilpriest to bluźniercza, death metalowa bestia. Ich muzyka w porównaniu do „In Repugnant Adoration” poszła jeszcze bardziej w blasfemiczne klimaty i – powiem to – obecnie zdecydowanie zastąpili Azarath na niwie tego typu grania w Polsce. I o ile wcześniej właśnie nie do końca miałem skojarzenia muzyki tworzonej przez Devilpriest z ekipą Barta, o tyle na „Where I Am the Chalice, Be Thou the Lord” nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z cholernie podobną, diabelską wibracją.
Wydaje mi się też, że ta płyta jest cięższa i wolniejsza. Devilpriest postawił na masywniejsze numery, które raczej dostojnie kroczą i puszczają z dymem napotkane obory niż zapierdalają. Są tu oczywiście szybkie partie, natomiast siłą tej płyty jest chyba tym razem jej diabelski majestat. Krążek brzmi przy tym bardzo spójnie, niemal jakby był jednym długim utworem. Ale nie nudzi. Przeciwnie, to co tu się odpierdala, sprawia, że chce się go słuchać po kilka razy pod rząd. Na przykład tak jak ja teraz – pisząc tę recenzję „Where I Am the Chalice, Be Thou the Lord” przeleciało w głośnikach już chyba czwarty raz. I wcale nie wykluczone, że jeszcze przeleci, nawet gdy skończę pisać swoje wypociny.
Czas rozsądzi, do którego albumu będę wracał częściej. W sumie, czy to ważne? Dla Was najważniejsze powinno być jedno: album limitowany jest do pięciuset kopii w wersji CD, więc się kurwa pospieszcie. Moja wersja już do mnie leci.
http://www.nuclearwinterrecords.com/
https://www.facebook.com/devilpriestofficial




