Logo kapeli nie zachęca, bo jest klasycznym przykładem 10297393 logówki kapeli brutal death metalowej i zazwyczaj nie zwiastuje niczego ciekawego. Szczęśliwie Demon Vomit nie należy do kapel tego sortu.
Kapela ze Szczecina owszem – gra brutalnie, ale więcej tutaj starego dobrego death metalu z Florydy, niż jałowych blastonakurwiaczy. Przede wszystkim kojarzy mi się to z Deicide z czasów dwóch pierwszych albumów (zresztą cover na końcu albumu też nie z czapy się pojawił, co?), wczesnego Cannibal Corpse, Suffocation czy im podobne kapele. Oczywiście, sporo szybkiego napierdalania też tutaj mamy, ale szczęśliwie tempo nie przysłania pozostałych elementów. Demon Vomit zresztą na tyle rozbudował kawałki na „Brutal Blasphemy”, że sporo się tu dzieje, ale mimo wszystko nie męczą nas ciągłymi zmianami struktur i tak dalej. Zresztą uważam, że tytuł albumu oddaje tak naprawdę zawartość muzyczną – brutalność jest tutaj bezapelacyjnie, ale mamy też ładunek blasfemii konieczny w death metalowej sztuce. Choć z drugiej strony z tą długością trochę przesadzili, osobiście jednak skróciłbym ten krążek, przez co zyskałby on niechybnie na intensywności – czasami po prostu dany riff powtarzany jest zbyt długo.
Mimo to łykam Rzygowiny Demona – fajnie mielą, przy tym kopią dupę. Nie jest to szczyt oryginalności, ale tak po prawdzie nikt czegoś takiego chyba nie oczekuje. Płytka jak najbardziej w porządeczku.
Ocena: 7/10
Tracklist:




