Przyznam, że nigdy nie rozumiałem fenomenu tego zespołu. Co prawda nie znam ich dyskografii na wylot, jedynie jakieś tam pojedyncze strzały z początków twórczości, które mnie nie rzuciły na kolana. O nowych nawet nie wspomnę.
Mówię o Death SS. Otóż zespół wypuści końcem lipca swój kolejny krążek, który nieszczęśliwie dotarł i do mnie w celach recenzenckich. Pech. Ale przynajmniej przestrzegę Was przez „Ressurrection”, bo tak oryginalnie go zatytułowali. Przyznam, że dla mnie na tym krążku wszystko jest okropne. Od okładki, przez image który narzucili sobie muzycy, na muzyce kończąc. W sumie, z metalem ma to tyle wspólnego co toi toi z machiną oblężniczą. To jest jakiś koślawy miks industrialu i gothicu, który nam wysłano, bo wysyłano go pewnie wszędzie, nawet do „Pani domu” i „Zakątka Maryi”. Plastikowe gówno, z mnogością klawiszy, kobiecych zaśpiewów, łatwe do przełknięcia dla mnie tak samo jak kostka rubika. Zasadniczo, gdyby nie to, że członkowie Death SS są tacy starzy, to bez przeszkód mogłaby ich puszczać Viva – skoro puszcza Evanescence na przykład, a obecnie to ta sama półka gatunkowa. Moje śniadanie, które przełknąłem kilka momentów temu na dźwięki tej muzyki już rwie się z powrotem, ku światu – wszystko przez Death SS. Dobra, nie będę się pastwił nad tym krążkiem, bo co prawda muzycznie to nie moja bajka, mimo wszystko dla mnie jest to totalnym nieporozumieniem.
Zostaliście ostrzeżeni. Niesamowity gniot.
Ocena: 1/10
TRacklist:





