Tak sobie czasem myślę, że ja to jednak mam szczęście. Dlaczego? Bo za darmo mogę zjebać coś, za co inni płacą gruby bilon, żeby się tym cieszyć, hehe. Myśl taka naszła mnie dziś w jednym sklepie, w którym przerzucałem płyty, a mój wzrok padł na okładkę Dark Moor – zespołu, który niedawno podesłano mi do recenzji.
A mówię o zespole z Hiszpanii, który właśnie wydał swój dziewiąty album. Płyta nazywa się „Ars Musica” i znajduje się na niej power metal. Ale jaki… Ja lubię power metal – jednak musi być grany w starym stylu Liege Lord, Abattoir, Helloween nawet zdzierżę. Ba. Myślę, że po przesłuchaniu „Ars Musica” niektóre kawałki Hammerfall brzmieć dla mnie będą niczym Blasphemy. Powiem tak – numery z tego krążka ociekają od lukru, po odsłuchaniu krążka cały czas mam wrażenie, że człapią za mną pluszowe misie, no i uważam, żeby mi tęcza na głowę nie spadła. To granie jest bardzo melodyjne do bólu i radosne i wesołe jak cholera… A jak chcecie, to sprawdźcie sobie jakie jest określenie angielskojęzyczne na przymiotnik wesoły… Tylko mówię… Tak czy siak – melodii, jakimi szafują Dark Moor nie powstydziła by się Abba – i tym razem naprawdę nie przesadzam. Niektóre orkiestracje brzmią jak żywcem wyjęte z twórczości Szwedów, takie napuszone i melodyjne… Może i jestem złośliwy, ale jak ktoś może lubić takie granie, tego nie pojmuję… Te orkiestracje, klawiszki, ułożony wokal… Kurwa, nie dobrze mi! Ale nikt się nie spodziewa hiszpańskiej inkwizycji! A ja nie spodziewałem się, że zespół dorzuci jeszcze bonusowe numery! Jeszcze więcej symfonii, jeszcze więcej napuszonego patetyzmu… A z utworu chujowego zrobili… chujową balladę…
No tak się jakoś składa niedobrze, że jeszcze żaden krążek z katalogu Scarlet Records (poza jednym zespołem, który uwielbiam) nie wyszedł u mnie wyżej 3/10, a Dark Moor nie dotrze nawet do tego. W sumie tradycyjnie mogę powiedzieć – nie znam, nie słuchałem 2/10
Tracklist:





