Wydanie własne

Jeśli już wyłapać za coć bana na Pejsbuku, to przynajmniej za coś dobrego. Co też spotkało i mnie, gdy podzieliłem się debiutancką EPką austriackiego Crackwhöre. I nie żałuję.

Ban na szczęście okazał się krótki (polecam się odwoływać), w efekcie czego mogłem wrócić do delektowania się dziełkiem tych tyrolskich wesołków. Tym co przykuwa oko, jaki uwagę algorytmu, okazuje się być najpierw wesoła okładka, która już zwiastuje, że będziemy mieli do czynienia z jakimś pojebanym szajsem.

Na wjazd lekkie zdziwienie, bo EPkę rozpoczyna fragment brazylijskiego duetu Zezé de Camargo e Luciano i ich kawałka „Deus”, który sprawnie usypia czujność, bo po krótkiej chwili wjeżdża, niczym Renault Megane w krakowską infrastrukturę, rozpędzony i dziki metalpunk. Jeśli rozpatrzymy cały album, jako zapis narkotripa, to otwierający go kawałek tytułowy, jest dokładnie takim precyzyjnym strzałem prosto nosek. I to bynajmniej, nie heroiny, a raczej solidnej dawki panzerschokollade. Gitary, wespół ze świetnie brzmiącym basem, zmiatają niemiłosiernie z planszy, co podbija świetna praca perkusji. Noż kurwa, ile bym nie słuchał tego riffu robiącego za motyw przewodni, to nie mogę się nie uśmiechać! Głowa kiwa się, jak Żyd przy ścianie płaczu, a nogi rwą się do pląsów! I ten przechlany, przećpany wokal. Facet dosłownie brzmi, jakby od przedszkola żywił się tylko cresecco oraz tanią wódą. Następujący potem „Death Before Honör” ma w sobie już więcej takiego przyjemnego rock’n’rolla z przyjemnym wstępem na basie. I ta solóweczka, tak krótka, ale konkretna i nieburząca immersji w tę wesołą jazdę. Co ciekawe na samym końcu kawałka zaliczamy gwałtowny zjazd, gdy wślizguje się powolny, niepokojący fragment czysto elektroniczny. Prawdziwy wojownik jednak nie składa broni, tylko wciąga drugą dawkę dzięki czemu duch poprzedniego kawałka żyje nadal w „Crackhouse Sex”. Całość wieńczy „Red Light Bastärds”, który zaczyna się takim ohydnym wstępem, nasuwającym na myśl, jakiegoś podłego punka, tylko po to by za chwilę wjechało instrumentarium na pełnej, a duch metalpunka szalał nadal, mimo że człowiek czuje, że organizm nie wytrzymuje, a siły odpuszczają.

Tu nie ma słabych momentów. Pewnie, ktoś się może dowalić, że takiego grania jest multum, i pewnie ma rację, ale ja lubię gdy tego typu muzyka w sobie ten płomień, dzikość oraz brud. Serio, takie poczucie syfu dawało mi Whiskey Ritual. Podobnie maniacy Toxic Holocaust, Speedwolf, czy Acid Mass będą ukontentowani.

Totalnie polecam, szczególnie jeśli ktoś lubi metalpunka. Będziecie cmokać z uznaniem i pocierać noski.

Bart
774 tekstów

Piękny, dostojny inteligent. Miłośnik jadła, tynktur i gór, któremu wydaje się, że umie pisać.

Damask „Three Times Ten”Recenzje

Damask „Three Times Ten”

OracleOracle10 września 2026
Mordhell „Nekro Desecration”Recenzje

Mordhell „Nekro Desecration”

BartBart9 września 2026
Archgoat „Nightbringer, Lightbringer”Recenzje

Archgoat „Nightbringer, Lightbringer”

OracleOracle4 września 2026

Skomentuj