Black Curse i Concrete Winds na jednym gigu w Polsce? Do tego raptem pół godziny autkiem od domu? Musiałem tam się stawić, bo niezobaczenie tak mocarnego składu zakrawało na grzech śmiertelny.
Dnia koncertowego załadowałem się do mojego hatemobilu i ruszyłem prosto do znanego mi już Łącznika. O tym, że jest to właściwy klub do organizowania koncertów pisałem już przy okazji Death Is Not The End Fest. Tym razem tłumek był jedynie odrobinę mniejszy, ale za to również obfitujący w znajomych na bogatości. Seria zbitych piąteczek później i odebrałem opaskę, elegancki, pamiątkowy bilet, i ruszyłem pod scenę, bo z niewielkim opóźnieniem zaczęło grać stołeczne Clairvoyance.
Pamiętam, jak pojawiło się ich demko. Szum był potężny i pochwały się sypały się zewsząd, mocno zasłużone. Następujący potem pełniak, mimo że był nadal porządnym kawałkiem śmierć metalu, nie robił już takiego wrażenia. Podobnie było tego wieczoru. Klerwijas zaprezentowało solidną przystawkę metalu śmierci, ale nie było to nic zaskakującego, ani szczególnie ciężkiego, zwłaszcza jeśli mamy na uwadze, co grało następne. Trochę szkoda, bo liczyłem na jakieś zaskoczenie. Solidne, jednakże nic więcej nie jestem w stanie dodać.
Chwila oddechu, bezalkoholowe pieniste później i trzeba było się instalować pod sceną, bo rzeźnię nerwów rozpoczynało wyczekiwane przeze mnie Concrete Winds.
Słodki Jezu, coś śmietaną bitą polany został, to był jeden z najdzikszych oraz najbardziej okrutnych, bezlitosnych występów, jakie dane mi było oglądać. Widziałem sporo koncertów. Revenge, Blasphemy, Omegavortex – to były czołowe soniczne rzeźnie, ale finusi z Betonowych Wiatrów bezapelacyjnie wysuwają się na czoło. Już otwierające gig „Nerve Butcherer” było gwałtem na uszach przy użyciu zardzewiałych żyletek oraz równie zaniedbanego drutu kolczastego, a poziom dehumanizacji narastał z każdą sekudną. M oraz PJ, zaopatrzeni na potrzeby występów, w nawiedzonego MH roznieśli klub oraz miasto na strzępy absolutnie nieludzką mieszanką war metalu, noise’u wraz z grindem. Powiem Wam, że słuchanie tego z płyt to jedno, ale oglądanie na żywo tego, co się dzieje na instrumentach wynosi tę muzykę na całkowicie innych poziom. Niesamowita finezja w gimnastyce na gryfie, która przeistacza się w kontrolowany wir chaosu o maksymalnej sile destrukcji. Do tego te poryte elektrosample, które są niczym kwas wylewany prosto na czaszkę. Anihilacja totalna! Spod sceny wyczołgałem się ledwo żywy.
Po występie należało obligtoryjnie strzelić kolejne pieniste i powymieniać się spostrzeżeniami, by podreptać na zamykające ten wieczór Black Curse.
Kurde, pamiętam, że debiut, mimo początkowego zachwytu, potwornie mnie potem męczył. Za to zeszłoroczny pełniak jawił się już, jako dzieło totalne, w pełni prezentujące możliwości muzyków.
Taki był też występ tego wieczoru. Bez wstępów, bez pogadanek, czy kazań, amerykanie zrzucili na słuchaczy megatonę smoliście gęstego death/black metalu. Co ciekawie, o ile pod sceną, to momentami była ściana dźwięku, o tyle kawałek dalej, słychać już było wszystko idealnie i wlatywał ten świetny, diabelski klimat, który hipnotyzował oraz wciągał. W efekcie powyższego Black Curse zleciało mi momentalnie, bo poczułem się jakbym zapadł w trans, z którego wyrwał mnie dopiero pchający się do wyjścia tłum. Pewnie część z Was teraz sapnie, że „ebe ebe kurwa, trzeba się skupić i chłonąć!”. Cóż, skupić, to się można na sraniu, a dla mnie Black Curse na żywo było właśnie hipnotyzującą orgią czarcich riffów, której z przyjemnością się poddałem.
To był, jak dotychczas, jeden z najmocniejszych koncertów tego roku. Konkretne Wiatry i Czarna Klątwa nie biorą jeńców, i bardzo kurwa dobrze. W szczególności finauci skradli moje serce tego wieczoru, bo walec pokryty gwoździami, jaki przetoczył się przez Łącznik nie zdaża się często. Grać w takim stylu trzeba, wbrew pozorom umieć, a oni są jebanymi Szopenami Wpierdolu. Klerwijas poprawne, ale w Warszawie zastąpiła ich Twardość (Toughness), co moim zdaniem jest lepszym wyborem supportu. Wspomnę jeszcze o całkiem sytym stoisku z merchem, gdzie choć osobiście nie znalazłem nic, na co mógłbym wydać ciężko zarobiony pitos, to inni chętnie opróżniali sakiewki, tym bardziej, że ceny były znośne.
Po wszystkim pozostało tylko załadować się do rydwanu śmierci i wracać do domu. Doskonały gig.




