Blackout – nazwa przywodziła mi na myśl granie pod Scorpions oczywiście, jednak po włączeniu ich albumu usłyszałem jak błędne były moje przemyślenia.
Trio bowiem to można by nazwać tercetem bardzo egzotycznym, przynajmniej wnioskując po zdjęciach. Dwóch brodaczy o urodzie Biga Lebowskiego, w tym jeden z protezą nogi, którą dumnie eksponuje i jedna babeczka walają się w oparach narkotycznego doom metalu. Skojarzenia biegną w stronę Electric Wizard, czy klasyki klasyków – Black Sabbath oczywiście, jednakże Blackout ma tendencje do jeszcze wolniejszego grania – „Columbus” zgniata powoli, ale skutecznie swoim ciężarem. A to tylko przykład, choć najbardziej charakterystyczny, tego jak nowojorczycy potrafią rzeźbić ten swój doom/sludge metal. Fajnie wypada też „pływający” wokal – pomysł zaczerpnięty od Elektrycznego Czarodzieja między innymi, ale to moim zdaniem dobrze, że trio korzysta z dobrych i sprawdzonych pomysłów. Ten debiut trwa zaledwie pół godziny, ale kurde – czuję się strasznie zmaltretowany i przemaglowany po tym czasie, co chyba dowodzi, że Blackout na „We Are Here” dobrze mieli.
Z drugiej strony – podobnie dobrych kapel w podziemiu jest pewnie wiele, ale co to komu przeszkadza, że dołączyła do nich jeszcze jedna?
Ocena: 7/10
Tracklist:
| 1. | Indian | ||
| 2. | Amnesia | ||
| 3. | Smoker | ||
| 4. | Columbus | ||
| 5. | Anchor | ||
| 6. | Seven |




