Wydawca: Werewolf Promotion
Jakoś przeszła u mnie bez echa informacja, że Azels Mountain wypuściło pod koniec września kolejnego długograja. I trochę pluję sobie w brodę, bo jest to naprawdę porządny album. „Wieczny sen” na pewno Was nie dopadnie podczas odsłuchu. A czemu apostrof zniknął z nazwy, to wam nie będę opowiadał.
Mamy tutaj do spory progres, jeśli weźmiemy pod uwagę ich poprzedni album „Góra Milczenia”. Pan wokalista przykładowo dopracował swój wokal i wszystkie jego skrzeki – te wyższe i niższe – są bardziej przyswajane przez ucho i da się nawet zrozumieć, co leży mu na sercu, hehe. A! Jako, że to Polska, to i po polsku śpiewają. Do tekstów się nie przywalę, bo są w porządku. Widać, że ktoś podszedł do tego bez kija w dupsku i nie pocił się jak gimbus na dyktandzie, w przeciwieństwie do niektórych zespołów, które muszą być „true pagan”. Kolejny progres notujemy w partiach gitarowych. Są one na tyle różnorodne i rozbudowane, że nie przyśniecie. Jest to naprawdę przyjemne czterdzieści pięć minut. Co do całej tej „rodzimej” czyt. folkowej otoczki, jest tutaj ona jak najbardziej odczuwalna, jednak nie została wypchnięta na pierwszy plan – pozostaje z boku.
Naprawdę fajnie, że chłopy nie postanowili pozostać w miejscu i postawili na dalsze szlifowanie umiejętności, oby tak dalej, a kolejny album będzie jeszcze lepszy. Warto przesłuchać go od deski do deski, bo na końcu znajduje się bardzo miła niespodzianka, która spina to wydawnictwo i stanowi podsumowanie całej zawartości.
Ocena: 7+/10
Tracklista:
1. Burza
2. Zaraza
3. Szlak
4. Krwawa zapłata
5. Wieczny sen
6. Dusza, czerń popiołu
7. Kres




