Wydawca: Thrashing Madness Productions
Anathemized? A wiecie, że nie znałem? No ale dziwne, żebym znał – gdy działali pod tym szyldem w polskim podziemiu, ja ledwo co wchodziłem w ogóle w muzykę za sprawą „Best of” Queen oraz „Lies” od Guns N’ Roses. Gdzież bym wtedy myślał o czymś takim jak Anathemized.
Choć jestem raczej pewien, że trafiłem na reklamę niniejszej demówki, bowiem jakoś w 1994 roku kupiłem pierwszego „Metal Hammera” i kojarzę, że swoje anonse zamieszczał tam Baron Records, nakładem którego ukazało się „Disdain”. I to wszystko jeśli chodzi o mój pierwszy kontakt z tym materiałem.
No i wyobraźcie sobie, że po trzydziestu latach w skrzynce znajduję kompaktową wersję tej demówki, przesłaną przez Thrashing Madness Productions. Losy ludzkie to jednak dziwne są. Słucham więc jej i myślę sobie – fajnie, że Leszek wykopuje i archiwizuje nagrania z tamtych lat, natomiast nie jestem pewien, jak dziś zostaną one odebrane. Takie Anathemized na swoim drugim demo łupie sobie przyzwoicie w stylu Paradise Lost, Anathema czy Tiamat – oczywiście ich wczesnych odsłonach. I podejrzewam, że wówczas, że tak się wyrażę – w epoce – mogli być postrzegani jako ten zespół, co to jest z Gdańska, a brzmi całkiem po brytyjsku (i trochę szwedzku). Dziś – jako jeden z setek zespołów grających w tym stylu, który do tego raczej nie odniósł oszałamiającego sukcesu. Na ile była to wina muzyki z „Disdain”, a na ile różnych innych czynników? Jak już wspominałem, muzycznie Anathemized nie jest tragiczne, inna rzecz, że nigdy jakoś nie byłem akurat fanem tego rodzaju death metalu. Nosi on niechybnie piętno swoich czasów, ze wszystkimi plusami (klimat) i minusami (wtórność) które za tym idą. Czy warto było wydawać tę muzykę ponownie, dla potomnych? Dla garstki na pewno, a najpewniej dla tych, którzy – jak to często bywa przy tego rodzaju reedycjach – zajechali za młodości już swoje oryginalne taśmy.
Natomiast ważną informacją może być dla was również i to, że wznowienie zostało wzbogacone o trzy numery nagrane w 1998 roku w studio Radia Gdańsk. Czy się różnią od pozostałych? Trochę tak. Że brzmieniem to wiadomo. Bo same kompozycje utrzymane są raczej w zbliżonym stylu.
Natomiast jak w większości przypadków bywa, samo wznowienie wydane jest bardzo dobrze – tradycyjnie mamy wspominkowy wywiad, archiwalne zdjęcia i reprodukcje plakatów i okładek. Cieszy oko i przenosi słuchacza na moment trzy dekady wstecz. Jeśli więc piszecie się na taki wehikuł czasu, to spokojnie możecie to zrobić przy dźwiękach Anathemized. Przy czym zastrzegam – pozycja przeznaczona jest raczej dla kolekcjonerów i wspominkowiczów.





