Wydawca: Piranha Music
Jakoś nie kojarzę, czy ja w ogóle znałem zespół Ampacity wcześniej – pewnie gdzieś nazwa mi się obijała o uszy, ale pewny jestem że gdy niektórzy znajomi jarali się ich powrotem, ja zastanawiałem się o kogo chodzi.
Ale jak już ogłosili powrót, to potem ogłosili, że wydawcą ich nowej płyty będzie Piranha Music. No to se pomyślałem, że sroce spod ogona nie wypadli raczej na pewno. A jak już płyta do mnie trafiła to nausznie się o tym przekonałem.
Ampacity gra bowiem bardzo fajnego rocka. Może nazwa space rock nie każdego przekona, że warto się zainteresować „IV”, ale jeśli wrzucę tutaj odniesienia do Hawkwind na przykład – może jest szansa, że to przykuje Waszą uwagę. Ampacity to projekt instrumentalny, and I think it’s beutiful. Chyba każdy możliwy wokal zepsuł by mi odbiór tego albumu. A tak, „IV” sobie po prostu płynie i zabiera Was w fajną podróż. W pewnych okolicznościach pewnie mógłbym nazwać ją wręcz tripem. Słucha się jej doskonale, a co jeszcze lepsze – spora część zostaje w głowie po wyłączeniu krążka. Jeśli już go wyłączycie, bo Ampacity wpada w ucho z zadziwiającą łatwością. Obawiałem się, że ten krążek to będzie jakieś wydumane pitu pitu, a dostałem ponad czterdzieści minut muzyki przyjemnej i rozluźniającej. Mnie generalnie rozluźnia każda muzyka, którą lubię, ale Ampacity dodatkowo mnie uspokaja, wprowadza w błogi nastrój. Na przykład teraz – siedzę sobie na werandzie chatki w Bieszczadach, z drinkiem pod ręką i patrzę na zachodzące słońce. Ampacity zdecydowanie umila ten i tak przyjemny moment.
Więc nie bójcie się tego krążka. Wiadomo, my twardogłowi nie zawsze mamy lekko. Ale to że słuchamy sobie takich krążków jak „IV” z przyjemnością wpływa chyba ciut na rozmiękczanie naszych wizerunków.
Ocena: 8/10




