Wydawca: Godz ov War Productions
No i kolejnego wznowienia doczekał się jedyny album Ahret Dev. Kolejnego, bo kilka(naście? – przepraszam, ale pamięć już nie ta) lat temu ukazało się wznowienie nakładem Dywizji Kot. Które dziś pewnie kosztuje krocie. Z odsieczą, na czarnym rumaku przybył więc Greg z Godz ov War Productions, dzięki któremu możecie nacieszyć uszka.
A jest czym, jest kurwa czym! „Hellish” to bowiem krążek doprawdy świetny. Słychać na nim jak doskonale zespół łączył finezję, agresję i jad. Połamane riffy przeplatały się z czystym deicidowskim wpierdolem (a pamiętajmy, że mowa tu o Deicide z pierwszych dwóch płyt, a nie tym co prezentują sobą dziś), które przetaczają się niczym frontalny atak. Do tego solóweczki, które chłoszczą Wam plecy, dupsko i kark, zostawiając tylko nabrzmiałe pręgi. To jest niesłychanie brutalny album i przyznam się, że w ogóle nie czuć na nim tych dwudziestu dwóch lat, jakie dzieli go od dnia premiery do dziś – doskonale się broni po latach, a musicie przyznać, że nie o każdym krążku z tamtego okresu można to powiedzieć. Naprawdę, szkoda, że to jedyne co po Ahret Dev zostało. Do tego mamy jeszcze dysk numer dwa, na którym znalazły się inne rarytasy – demóweczki, rehy i inne takie, więc możemy się jeszcze bardziej zasłuchiwać w tych dźwiękach. Innymi słowy – wspaniała, bogata, death metalowa uczta.
Jako, że szanowny pan wydawca ma ucho do różnych starych perełek z tamtego okresu, z polskiej sceny, liczę, że raz na jakiś czas uraczy nas jeszcze jakąś reedycją. Póki co zachęcam do sięgnięcia po „Hellish”, szczególnie jeśli ktoś nie posiada oryginału.
Tracklist:




