Wydawca: Evil Dead Productions
Trudno mi zacząć recenzję krążka Impiety bez wpychania na początek jakichś truizmów o ich wkładzie w ekstremalną scenę i tak dalej. Z drugiej strony lepiej tak niż pisanie o nich per „rzekomo legendarna bestia ze Wschodu” czy coś…
To już 8 lat od wydania poprzedniego pełnowymiarowego albumu przez Singapurczyków. Co dziwne, „Ravage & Conquer” nie iało jakiegoś świetnego przyjęcia, a przecież to naprawdę świetny album (dla mnie o wiele lepszy od poprzedzającego go „Worshippers of the Seventh Tyranny”). Najwyższa więc pora, aby horda uderzyła z kolejnym longplejem. No i mamy – „Versus All Gods”. Nie mam wątpliwości co do tego, że tytuł zwiastuje zawartość. Muzyka Impiety zawsze kojarzył ami się z takim zmasowanym, barbarzyńskim atakiem na wszelkie religie, bez względu na to, czy staje Ci gdy widzisz gwiazdę Dawida, koran czy boską kurwę w stajence. Impiety w tej walce nie okazuje litości, nigdy jej nie okazywało i mam nadzieję, że okazywać nie będzie. Dziesięć utworów z tego albumu razi słuchacza agresją, jakiej próżno szukać u wielu innych kapel z tego gatunku. Choć początkowo miałem wrażenie, że Shyayithan na tym albumie postawił na trochę inne brzmienie. A potem sprawdziłem – nagrano w Hertz Studio. I wszystko jasne – ma to niezaprzeczalne pierdolnięcie, ale tym razem jest sterylniej, wszystko brzmi bardziej przejrzyście. Czy to dobrze – nie wiem, moim zdaniem zespół trochę traci na tym zabiegu, gdyż jednak w przypadku Impiety pewna doza brudu, szorstkości jest konieczna. Z drugiej strony, patrząc na „Versus All Gods” cały czas mamy w dłoniach płytę z ekstremalnym metalem, skomponowaną w stylu który stał się już charakterystyczny dla tego zespołu. Dlatego też ja z przyjemnością jej słucham, a przy takich kawałkach jak „Azazel” mam ochotę po prostu zniszczyć jakieś przedmioty kultu religijnego. Tak po prostu.
Dlatego też cholernie mnie cieszy, że Impiety nie spuszcza z tonu, a „Versus All Gods” kruszy mury wszelkich świątyń. Na tym albumie znajdziecie wszystko to, czego spodziewaliście się po twórcach „Asateruul Awaleen” – chaos, zniszczenie, nienawiść. Ładnie opakowane i skompresowane w czterdzieści minut.
Ocena: 8/10
Tracklist:




