Wydawca: Godz ov War Productions
Tak się uroczo złożyło, że urlop rozpoczynam recenzja nowego albumu Hereza. Pasują mi oni od ten dzień idealnie. A dlaczego? Bo tak jak chłopaki z Hereza wysoce sobie cenię alkohol oraz death’n’roll.
Już wcześniejsza płyta Chorwatów mnie się podobała, ale serce me skradło obecnie „Death Metal Drunks”. Panowie bowiem poszli tu jeszcze bardziej w stronę punk rollowego metalu śmierci. Cholernie mi to pasuje, bo wyśmienicie mnie tu bujają, aż się whisky ze szklanki wylewa. Panowie oczywiście rozgrzebują dobrze znane truchła death’n’rollowych inspiracji w postaci płyt Entombed, ale i eksplorują inne rejony. Na przykład taki numer tytułowy to czysta inspiracja Bulldozer, a nawiązania do „Whiskey Time” są tak cholernie słyszalne, że w przypadku gdyby ktoś ich nie zauważył, polecam wybranie się do specjalisty, który pomoże z doborem aparatu słuchowego. Ten album jest nagrany na totalnym luzie i z przymrużeniem oka. Bo ilu death metalowców inspiruje się Hankiem Williamsem III? Tak, też tak sądzę – zdecydowanie za mało. No siadła mi ta płyta wybornie, dziś rano na przykład przesłuchałem ją już cztery razy z rzędu i pomimo że wtórne to granie, to cieszy mi się pijacka morda. Ja liczę w cichości serca, że wydawca to ściągnie ich kiedyś do Polski, żeby mogli zasmakować naszego bimbru i rozłupać kilka czaszek na jakimś gigu. Postaram się wówczas stawić.
Tak więc kieliszki w dłoń i zapraszam do maglowania trzeciego albumu Hereza. Totalnie niezobowiązujący napierdol stworzony by cieszyć i zabijać. W dowolnej kolejności.
Ocena: 8/10
Tracklist:




