Wydawca: High Roller Records
Protector to pierwsza z kapel, która wprowadziła mnie w teutoński thrash metal, więc mam do nich sentyment przeogromny. Zacierałem więc łapska w oczekiwaniu na najnowszy krążek.
I co pierwsze mnie uderzyło w oczy? No tragiczna okładka. Kurwa, jakby miała zdobić płytę zawierającą muzyką z pazurem czterech muzyków, grających w weekendy na zjazdach motocyklowych. Odpalam więc krążek i ufff… Muzycznie na szczęście stary dobry Protector. Dobrze znane riffy, struktury, wokal. Niezmienna agresja – to znak rozpoznawczy Niemców (choć w sumie Niemca i Szwedów). I co ciekawe, fajnie bawią się konwencją, przełamują trochę sztywną thrashową konwencję. Posłuchajcie „The Celtic Hammer”. Zresztą sam tytuł mówi Wam wszystko – jak brzmi ten kawałek. Dla mnie to coś naprawdę fajnego, bo nie wszystkie stare stażem kapele chcą bawić się w takie puszczanie oka do słuchacza. Albo do klasycznego już „Space Cake” w numerze „Glove of Love”. Pozostałe numery raczej nie wprowadzają żadnych nowinek ani niczego takiego, można by rzec są cholernie konserwatywne. I dobrze, choć chwilami można mieć wrażenie, że Protector łakomi się na wpierdolenie własnego ogona. Ale potem człowiek odpala ten album i jak mu leci taki numer tytułowy to nie ma chuja, żeby nie chciał ruszyć w młyn nabić kilka siniaków. W tym właśnie tkwi ich siła. Maksimum wpierdolu przy minimum nowinek.
Serio, tutaj nie ma niczego odkrywczego, ale strasznie podoba mi się ta płyta. Oczyma wyobraźni już widzę rozpierdol, jaki szykuje się podczas ich jesiennych koncertów.
Ocena: 9/10
Tracklist:




