Wydawca: Comatose Music
Bardzo cieszy mnie ten powrót, bo Blasphemer to jeden z niewielu kapel parających się brutal death metalem, które prawdziwie podobają się. Co ciekawe – są z Włoch, a to państwo jakoś nie kojarzy się z brutalnym death metalem.
Na „Ritual Theophagy” trzeba było czekać aż sześć długich lat, co trochę mnie przeraża – widać bowiem jak ten czas zapierdala. A skoro o „zapierdala” mowa – Blasphemer zapierdala tak jak dawniej, nic się u nich nie zmieniło, co cieszy mnie cholernie. Czasem oczywiście zwolnię, by poskakać po Waszym truchle wbitym w ziemię, ale nie trwa to długo. Do tego na tymże albumie wspaniale panowie wyważyli brutalność z techniką i najzwyklejszym w świecie pierdolnięciem, dodając tu i tam trochę sampli (np. relację radiową z zamachu na papieża – Polaka, z „Aż poleje się krew”, ale też dość oklepany motyw z „Omen”). Niemniej jednak – Blasphemer kopie dupy niemiłosiernie. Kurewskie growle dodatkowo masakrują słuchacza i kończą to, czego jakimś cudem nie zrobiły rzężące gitary i masywna sekcja rytmiczna. A że rzeczony growl wyrzyguje wszelkie bluźnierstwa skierowane przede wszystkim w stronę Przenajświętszego Kościoła katolickiego – tym bardziej mi się to podoba. Nie wiem, jak Włosi to robią, że normalnie takie granie sprawia mi średnią przyjemność, a w ich wykonaniu siedzę, słucham i napierdalam baniakiem przy biurku. Czyli na Południu bez zmian, odkąd ich znam. No, może okładka różni się trochę od wcześniejszych, ale też jest niezła.
Jestem w pełni zadowolony z takiego powrotu. I każdy brutalista na pewno tez będzie – wystarczy, że zakupi „Ritual Theophagy”. Krążek, który oskóruje każdego księdza w promieniu kilometra, a wszystkie plebanie, kościoły i kapliczki obróci w popiół.
Ocena: 9/10
Tracklist:




