Z góry zaznaczę, że nie będzie to relacja dokładna i opisująca każdą nanosekudnę występu poszczególnych zespołów. Powodem tego będzie moja wysoka aktywność towarzyska feralnego wieczoru, jak i fakt, że tak w zasadzie to poza jednym, reszta zespołów grała w zasadzie to samo, hehe…
Zaczęło się jednak od tego, że gremialnie i po redaktorsku poszliśmy z Efem i Pathologistem do knajpy, łyknąć co nieco, ale niewiele – ot, dla kurażu. Dwa piwerka i zawinęliśmy do klubu Vinyl, gdzie cała impreza pod nazwą Lying in Catacombs Tour miała miejsce. Gdy weszliśmy okazało się, że wszystko zaczęło się – wbrew naszym przewidywaniom – o czasie, przez co występ zespołu Youdash oglądnęliśmy jedynie na ich finiszu. Kapela jest lokalna, wycina sobie całkiem niegłupi techniczny thrash metal, a tego środowego wieczoru dorzuciła jeszcze na dokładkę (i chyba, żeby się wpasować w resztę towarzystwa) cover Cannibal Corpse, a mianowicie, o ile mnie pamięć nie myli – „Beaten, Raped and Strangled”. Całkiem nieźle wypadł, a do tego kapela zagrała chyba w odświeżonym składzie. Następnym razem się nie spóźnię!
Po Youdash deski objęło włoskie Dying Breed. Zastanawiałem się szczerze mówiąc ile osób zjawi się w tę środę na tym gigu – ja sam przyznam poszedłem z ciekawości bardziej, no i żeby wstydu za Rzeszów nie było, wszak takie metalowe miasto, hehe… Jakoś tam w czasie ich występu zaczęło ściągać ludzi, ale odnosiłem cały czas wrażenie, że w całym klubie więcej jest Włochów niż Polaków, hehe. Wracając do muzyki, Dying Breed rozpoczynał blok pod tytułem „golonka, flaki i inne przysmaki” – panowie grali może z dwadzieścia minut, niegłupim, bujającym brutalnym death metalem. W zasadzie było klasycznie – bulgotliwy wokal, dużo techniki i inspiracje bandami w stylu Suffocation. Na scenie bodaj czterech muzyków, najżywotniejszy był (poza łysym wokalistą) ogromny basista – scena była dla niego jakby trochę mała, hehe. Odegrali co swoje i zeszli ze sceny.
Zespołem numer trzy był Dr. Gore – również z Włoch. Co mogę powiedzieć o ich występie…? Cóż, grali brutalny death metal, hehe… Parafrazując Obelixa – „brutalni Ci Rzymianie”, a i pierdolnięcie mieli równe temu grubasowi z komiksu. Serio, ich występ podobał mi się najbardziej. Kilkanaście utworów cechowała niezaprzeczalna brutalność. Podobnie jak poprzednicy, tak i Dr. Gore grał dość sztampowo, ale chuj mnie to, hehe – była prędkość, świniakowanie, growl, ale znalazło się czasem miejsce na „hej”, w którym wokaliście wtórowała marna publika, hehe… Coś tam chłopaki pożartowali z perkusisty, że stary i nie wyrabia już z tempem, ot włoskie poczucie humoru – choć przyznam, że chwilami muzyka po prostu była za głośna, lepiej nawet było słychać, gdy było się w palarni zaraz obok sceny, no ale taki to już urok podziemnych koncertów. Kapela promowała swoje nowe wydawnictwo, ale przyznam, że nawet jeśli zainteresowaliby mnie na tyle, że rozważałbym zakup – ceny mieli zaporowe, choć te wszystkie zombie tak ładnie patrzyły z okładek, naszywek i koszulek, hehe… Dr Gore pograł sobie z pół godziny i był to niegłupi występ, moim zdaniem najlepszy na całym gigu. Bueno!
Ostatnim zespołem był Cadaver Mutilator, również z Włoch. I jakby ponownie – powtórka z rozrywki, bo również i oni nakurwiali brutalnym death metalem. Przy czym u nich słychać było trochę więcej inspiracji zespołami a’la Krisiun albo Hate Eternal – oczywiście spomiędzy tych wszystkich Suffocation, Brutal Truth i tak dalej. No również i to było intensywnym graniem, ale jakoś nie było na moje ucho już tak wesoło jak w przypadku poprzedników. Cadaver Mutilator ponakurwiał podobnie jak wcześniejsze kapele z pół godziny. Część publiki już się wykruszyła, część jeszcze słaniała się na nogach. Ef ewakuował się do domu, my z Pathologistem dziarsko trzymaliśmy się do końca – wszak ostatnio się nam coś koncerty nie korelują, hehe… Ale końcówkę koncertu Cadaver Mutilator to już wysłuchaliśmy w rzeczonej palarni, gdzie dźwięk był lepszy, hehe…
W sumie powiem tak – z jednej strony nie było źle, ale z drugiej zacząłem doceniać mieszanie gatunków na koncertach, bo po tej nocy trzy kapele niemal zlały mi się w jedno. Zwłaszcza, że wszystkie były z jednego kraju i nawet wizualnie nie odstawały od siebie zbytnio. Ale cóż, jak widać dałem radę, choć nie ma tracklisty a’la BDB reporter od serca. Przeżyjecie jednak, prawda?




