Australijczyków kojarzyłem dotychczas jedynie z ich splitu z Blaze Of Perdition i z niczego więcej. Jakoś nie przykładałem wagi do ich dotychczasowej twórczości, dopóki nie przyszło mi zrecenzować „Temple Under Hell”.
I jestem kurwa kupiony – druga płyta zespołu już przy pierwszym przesłuchaniu skradła moje czarne serce. Gdzieś usłyszałem – „eee, brzmią jak Watain albo Blaze of Perdition”. Może trochę jest w tym prawdy. Ale mnie to nie przeszkadza, zwłaszcza że lubię polski band (Szwedów jakoś niespecjalnie) i faktycznie – czuć podobną wibrację u Erebus Enthroned, czuć zły feeling, czuć pewną dozę mistycyzmu. Każdy jednak przyzna, że wśród dźwięków „Temple Under Hell” trudno znaleźć coś, czego jeszcze w black metalu nie było – niektóre brzmią kurewsko znajomo, jednak gdy chce przywołać konkretną nazwę ta umyka mej pamięci jak ksiądz – pedofil wymiarowi sprawiedliwości. Co tylko bardziej wpływa na to, że chcę przesłuchać Erebus Enthroned raz jeszcze. Jasne, rzucając nazwą Dissection można być pewnym, że trafi się dobrze – ale ja czuję tu więcej inspiracji, których nie umiem dokładnie nazwać. Australijczycy, jak już powiedziałem, bardzo udanie zachowują balans pomiędzy melodią, agresją i atmosferą, a to jest domeną nie tylko ekipy Jona. Erebus Enthroned czerpie zatrutą wodę ze zbliżonych źródeł…
Polecam, ze wszech miar polecam Wam dwójeczkę Australijczyków. Dajcie jej choć jedną szansę, a nie opuści Waszych odtwarzaczy na długi czas.
Ocena: 9/10
Tracklist:
| 1. | Sorathick Pentecost | ||
| 2. | Trisagion | ||
| 3. | Crucible of Vitriol | ||
| 4. | Black Sword | ||
| 5. | Void Wind | ||
| 6. | The Temple Under Hell | ||
| 7. | Return |






Płyta dobra, ale bez przesady.