Wydawca: Arachnophobia Records
Trochę szumu było przy okazji debiutu Evil Machine – no bo wicie, trochę taki all stars band Polski B. bardzo więc ciekawy byłem, co też panowie na „War in Heaven” nam pokażą.
No i odpaliłem debiut wydany przez Wszechpotężną Arachnophobię Records, ale przyznam szczerze – kilka odsłuchów i ja nadal nie wiem, czym tak sporo ludzi się tutaj zachwyca. Jasne, death/thrash metal prokurowany przez połączone siły muzyków takich kapel jak Dead Infection czy Abused Majesty na pewno bardziej mi leży niż jakieś gówniarskie pseudo-metalowe melodyjki, jednak spodziewałem się czegoś więcej. Nie wypada to oczywiście tragicznie, ale jakoś brak mi tutaj pierdolnięcia – co dziwne w przypadku tego rodzaju muzyki i takiego składu. Najbardziej chyba podszedł mi numer „Diabeł”, gdzie gościnnie zawył Cezar, utrzymany w wolnym stylu pierwszego Samaela. W ogóle to Evil Machine ma chyba słabość do muzyki ze Szwajcarii, bo w innych kawałkach można znaleźć niemało nawiązań do Hellhammer i Celtic Frost (a to zresztą żadne odkrycie, skoro w booklecie są wymienieni jako „eternal inspirations”). Ale również o odrobinę Venom gdzieniegdzie, tylko jakby w zwolnionej wersji. I niby wszystko pięknie, ale gdzie jest ogień ja się pytam? Bo żebym czuł się chwilami znużony taką muzyką to coś musi być chyba nie tak… a niestety, słuchając „War In Heaven” czas jakby mi się dłużył. Poza tym – nie jestem jakoś przewrażliwiony nigdy na punkcie podziemnych produkcji, ale brzmienie trochę zabija moc tej muzyki jak dla mnie – po prostu nie pozwala moim zdaniem wykrzesać całości energii, która siedzi niewątpliwie w twórczości Evil Machine.
Jakoś nie mogę się przekonać do debiutu kapeli, bo chyba miałem wysokie oczekiwania względem niego. Słucham, słucham i nic – fajnie i tylko fajnie. A szkoda.
Ocena: 6,5/10
Tracklist:




