Wydawca: Seven Gates of Hell
Przyszło jakiś czas temu, ale forma dostarczenia (łempeczy) spowodowało, że płyta zaginęła ta w odmętach. Minęło trochę czasu, Seven Gates pewnie straciło nadzieję na recenzję, panowie zapomnieli, olali, albo mają to po prostu w dupie. A ja płytę odnalazłem i słucham z coraz większym zaciekawieniem.
To płyta na taki dzień jak dzisiaj. Od rana wkurwiony. Najchętniej zajebałby wszystkich dookoła. To dzień, kiedy człowiek żałuje, że nie ma na podorędziu napalmu (pozdrawiam służby wertujące internet w poszukiwaniu niebezpiecznych zbitek słownych;]). Ba, to taki dzień, kiedy patrzy się w lustro i myśli sobie: „było kurwa ćwiczyć i jeść jak mam kazała”. Teraz przynajmniej można by było komuś wpierdolić. A tak pozostaje słuchać Ov Plague. To debiutancki materiał zespołu w którym jeśli dobrze zrozumiałem, udziela się też nasza polska krew. Powiem tak: jaka pięknie się ten materiał uzupełnia z tym co wymieniłem wcześniej. To płyta dla tych wszystkich, którzy chcieliby, a nie mogą. To taki swoistego rodzaju, wentyl bezpieczeństwa dla wszystkich wkurwionych. Jest tutaj szybko i agresywne. Pewna dawka melodii, ale podlanej siarą. Wyrzygiwana nienawiść do wszystkiego co ludzkie, czy bardziej ogólnie – boskie. Piękna rzecz. Dawno w sumie, a przynajmniej nie przypominam sobie na tę chwilę, żeby było inaczej, nie słyszałem takiego wkurwienia u debiutantów. A tu owszem i to dla mnie ogromny plus. Jeden wałek po polsku – zdecydowanie w moim odczuciu, najlepszy. Taki przebój, wiecie. Na dyskotekę, do przytulania wiernego Kałacha. Płyta to 6 (w zasadzie 5, bo ostatni to bardziej outro) kawałków. To w zasadzie bardziej takie pierdolniecie, po którym naprawdę ciężko się podnieść. Do tego płyta krótka i mija szybko, niczym swojego czasu walki, Andrju. Jeb i już.
Jak najbardziej do wzięcia. Czekam na więcej.
Ocena: 8/10
Tracklist:
01. Whore of the Masses
02. Desecrate of Ashes
03. Baptized by Chaos
04. Ashes of Meggido
05. Legion zagłady
06. Ashed





