Wydawca: Hells Headbangers Records
Taka to już prawidłowość, że jak coś z Australii nadejdzie, to chujowizny być nie może. Zwłaszcza, jeśli ktoś terminował w takich kapelach jak Trench Hell, Destroyer 666, Destruktor i jeszcze w kilku innych…
Wcześniej natomiast Impious Baptism w ogóle nie było mi znane i dopiero „Wrath of the Apex Predator” otworzył mi oczy na ten zespół – jednoosobowy zresztą. Koleś, który podpisuje się tylko inicjałem J. przyjął za cel tworzenie bestialskiego black/death metalu, jaki osobiście lubię bardzo. Można by tu było wyodrębnić naleciałości wprost z Kanady, pod postacią inspiracji Blasphemy czy Conqueror, ale w jeszcze większym stopniu czuć tutaj wpływy Angelcorpse lub Order From Chaos, a gdzieniegdzie również i feeling Grave Desecrator. Impious Baptism pruje przed siebie i zastanawiam się, czy to tylko przypadek, ale akurat gdy włączyłem ten album nad Rzeszowem rozszalała się burza – krótka, acz w chuj intensywna. I podobnie jest z „Wrath of the Apex Predator”, który może i nie jest bardzo krótki, ale posiada wszystkie przymioty gwałtownej burzy – głośne i oślepiające jebnięca, ale w kilku momentach natrafimy również na wolne momenty, ciężkie jak ulewny i jednostajny deszcz. No i nagłe gradobicia – wszystko tu jest. Straszny gniew musi w tym kolesiu siedzieć, że tak to wszystko ogarnia sam, no ale dobrze – taki typ tej muzyki, że jej się nie gra i nie słucha, by ukoić nerwy. Impious Baptism charakteryzuje się dzikością i gwałtownością – szczęśliwie, nie zjada swojego ogona, lecz przy pierwszym odsłuchu byłem trochę rozczarowany, jakoś nie zaskoczyło, ale im więcej słuchałem, tym lepiej wchodziło. I teraz już w sumie wchodzi bez przepitki.
Jak większość rzeczy z Australii – jest to płyta warta poznania. No, może nie przez fanów AC/DC, ale inni miłośnicy kangurzego metalu – jak najbardziej powinni się rozglądnąć za „Wrath of the Apex Predator”.
Ocena: 7,5/10
Tracklist:




