Wydawca: Cyclone Empire Records
A wiecie, że dawno chyba thrash metalu u nas nie było? Trzeba by odmienić ten niekorzystny dla chłopców katankowców stan rzeczy i przyjrzeć się bliżej debiutanckiej płycie Blessed Curse.
Nie wysilali się panowie z wymyślaniem tytułu dla długograja, bo ochrzczony został po prostu „Blessed Curse”. Pewnie swoją energię spożytkowali na skomponowanie albumu, który trwa godzinę z okładem. I to jest mój zarzut wobec tego krążka – jest on po prostu stanowczo za długi. Zwłaszcza, że kompozycje z „Blessed Curse” nie są przesadnie zróżnicowane, przez co pod koniec materiału zaczynamy czuć lekki powiew nudy. Bo jest tak: Blessed Curse łupie sobie typowy teutoński thrash metal, w którym inspiracje Kreator wiodą prym, tak w riffach, barwie wokalisty, a nawet trochę w produkcji tej płyty. Oczywiście, jak każdy prawdziwy do szpiku stolca thrash metalowiec uwielbiam Kreator, jednakże nie wszystkich ich naśladowców uwielbiam w takim samym stopniu. Kalifornijskie trio jest kapelą w porządku i może gdyby okroić ich płytę o jedną trzecią, wyszłoby o wiele, wiele lepiej w jej odbiorze jako całości. Niby wpletli w połowie akustyczną miniaturkę, może po to, by podzielić krążek na dwie części, ale nie dało to w moim odczuciu wiele, bo po chwili zapominam, że coś takiego się w ogóle pojawiło i niecierpliwie liczę, ileż zostało do końca krążka. A u mnie się to nieczęsto zdarza w przypadku zespołu z tej półki gatunkowej.
Konstatacja może więc być już tylko jedna – Blessed Curse nie przypadło mi do gustu. Ich krążek jest za długi i w związku z tym, nie najlepiej się tego słucha na jeden raz. A po co rozkładać sobie płytę na odcinki?
Ocena: 5,5/10
Tracklist:




