Debiutancki krążek Final Self dostałem w jednej przesyłce z albumem Eutanor. Dlaczego? Sprawa jest prosta – Ataman oraz Eveq odpowiadają za obydwa te twory. I od razu zacząłem kombinować, czy będą między nimi podobieństwa?
Od razu Wam powiem – znikome. Final Self na swojej pierwszej dużej płycie, „Liturgy of the Final Self” porusza się bowiem w zgoła innych rejonach niż zdehumanizowany industrial. Tutaj dostajemy połamany, techniczny death metal, osadzony w klimacie z przełomu tysiącleci. Wówczas to przecież triumfy święciło Hate Eternal czy Cryptopsy, a na polskiej ziemi rozpierduchę niósł na przykład Devilyn (przyznaję, że Final Self kojarzy mi się mocno z tym zespołem nie tylko z uwagi na miasto pochodzenia) lub Yattering. I wydaje mi się, że Final Self stylistycznie plasuje się w pobliżu tej właśnie półki gatunkowej, choć nie wiem czy już same zespoły o których powiedziałem są dla nich jakimiś wyznacznikami lub wzorami. Natomiast sama muzyka na „Liturgy of the Final Self” jest właśnie bardzo połamana, techniczna, mamy w niej mnogość riffów i patentów, a równocześnie czuć w niej agresję i brutalność. Dużo tu się dzieje, masa przejść, zmian tempa, harmonii – i ja niestety czuję, że to nie do końcu moja bajka. Czasem lubię, owszem – Final Self też doceniam, natomiast tego krążka wystarcza mi na kilka odsłuchów, a na raz to najwyżej dwa – ponad to zaczynam się męczyć intensywnością tego albumu. I to raczej wina mojego gustu niż niedociągnięć ze strony zespołu – ten krążek brzmi dobrze, jest też nagrany i napisany na dobrym poziomie. Po prostu nie jestem targetem takiego grania i tyle. Z drugiej strony wiem, że istnieje szeroka grupa słuchaczy dla których to właśnie taki death metal jest ciekawym, a nie jechanie na trzech patentach i wywrotce gruzu. Cóż, każdy ma swoje porno, jak to mówią.
Natomiast jeśli właśnie stwierdzasz, że w muzyce szukasz brutalności i łamańców zarazem, Final Self może okazać się dla Ciebie fajnym skokiem w czasy, gdy zdecydowanie więcej zespołów grało w ten właśnie sposób. I fajno.




