Wydawca: Vendetta Records
Są materiały wybitne. Takie, które zostają w człowieku na zawsze. Są albumy bardzo dobre, które może nie wtapiają się w dusze, ale zakotwiczają na długo i chętnie się do nich wraca. Są również złe oraz chujowe.
Ale istnieje nisza materiałów średnich, w tym takich, bez których świat by się nie zawalił. I taka właśnie płytą jest „Death’s Soliloquy” od angielskiego Ante-Inferno.
Sam hordes pochodzi z Wielkiej Brytanii. Istnieje od 2017 r. i zdążył wydać kilka materiałów, w tym dwa pełniaki. Omawiany album jest trzecim długograjem. I tyle.
Zawartość muzyczna oscyluje w granicach black metalu, ze spora domieszką melancholii i smutku, co nasuwa na skojarzenia choćby Afsky. Niby tu wszystko jest na swoim miejscu: są riffy przyzwoite, jest solóweczka co jakiś czas, perkusja robi tupu tupu, a wokalista stara się, jak może, by brzmieć groźnie i potępieńczo. Problem w tym, że na „Death’s Soliloquy” nie ma nic, co przykuwałoby na dłużej. Tak po prawdzie, to album z grupy tych, które najczęściej znajdziecie na kanale YT Black Metal Promotion. Wtórny, skurwysyńsko nudny, a co najgorsze, w większych dawkach, mocno wkurwiający. Obcowań moim z trzecim pełniakiem Ante-Inferno było wiele, ale za każdym razem kończyły się myślami: „Ja pierdykam, długo jeszcze? Kurwa, dopiero czwarty kawałek”. Tak nie powinno być, tym bardziej, że słychać tu momenty, w których aż się prosi, by zrobić to lepiej, tymczasem Anglicy sobie idą tą melancholijną ścieżką srania w jesienne liście i lamentu z głębi czarnego serduszka.
„Death’s Soliloquy” na pewno znajdzie swoich amatorów, ale ja się do ich na pewno zaliczać nie będę. I Wam odradzam, bo jest od groma lepszych płyt, więc szkoda Waszego czasu na nudny, bezpłciowy, choć poprawnie wykonany, smęt z dupy.
P.S. Jedynym mocnym plusem tego albumu jest okładka od Khaos Diktator Design.




