Są wywiady na które psioczę, a są takie które mi się naprawdę podobają. Jak wysyłałem pytania do Kuby to podskórnie czułem, że to będzie wywiad z tej drugiej szufladki. Z dwóch powodów – znamy się osobiście, więc wiadomo – kolesiostwo. Ale drugim powodem było to, że jak ktoś wykręca tak dobre płyty jak „Astrophobia” nie może udzielać chujowych wywiadów. Więc koniecznie odpalcie sobie ten album, wybierzcie dobre piwko i poczytajcie, co Kuba miał do powiedzenia.

Oracle: Strzała Kuba. Na wstępie muszę Ci pokadzić, żeby nam się lepiej rozmawiało. Rzeszów może być dumny z Youdasha, bo obecnie na palcach jednej ręki można wymienić kapele warte wspomnienia z naszego miasta. A pewnie i tak jeden albo dwa palce zostaną, żeby podłubać se w uchu…

Kuba: Strzała Kuba! Muszę Ci odkadzić – Chaos jest najlepszym metalowym webzinem z Rzeszowa, ze świecą szukać lepszego hehe. Choć w sumie z Rzeszowem mamy tyle wspólnego co „ta druga kapela warta uwagi” hehe – czyli jednego członka – tzn jeden członek jest z Rzeszowa, a reszta nie jest, co prowadzi do logicznego wniosku, że nie jesteśmy z Rzeszowa bo decyduje większość.

Nigdy nie czuliśmy potrzeby żeby się z kimś na siłę zaprzyjaźniać, raczej stoimy z boku, dlatego mówiąc szczerze nie wiem kto i co gra (w metal) aktualnie w Rzeszowie. Oprócz Banishera, który wiadomo, że gra w innej lidze, nic mi się nie nasuwa. Oczywiście wynika to najpewniej z mojej niewiedzy i ignorancji…

O.: OK, polećmy pozwól od samego początku. Gdy Youdash był jeszcze przeciętnym zespołem łupiącym sobie połamaną muzykę, aczkolwiek za jajca to ona mnie akurat nie łapała – bo tak akurat odbieram Wasze debiutanckie demo. Jak do tego doszło, że taka kapela w ogóle powstała? Źródła podają, że korzeni należy szukać głęboko jeszcze w poprzednim millenium…

K.: W 1998 w Ustrzykach powstało Metalmorphosis, są to korzenie, nasze. Na wrzuta.pl można znaleźć 3 kawałki z tamtych czasów – sprawne ucho usłyszy, że niektóre riffy ciągną się za nami do dziś. Ja i Buczek stworzyliśmy tandem i tak sobie ewoluowaliśmy. Tak naprawdę, pierwszy Youdash został nagrany pod szyldem Metalmorphosis „Biopsja Duszy”. To był 2009 r., nigdzie tego nie pchaliśmy, a szkoda, bo całość jest dosyć hmmm… dziwna hehe. Tekstami były wiersze Wojaczka, Miłosza, Tuwima – na YT są te kawałki, udostępnione z nic nie mających z nami wspólnego źródeł – zachęcam do obczajki – true underground!

O.: Mnie tytuł „Na pohybel” kojarzy się jednoznacznie, z jedną z najlepszych scen w polskiej kinematografii. Czy i u Was stąd wziął się tenże zwrot na tytuł debiutanckiej EPki, pomijając, że znajduje się na niej numer o tym samym tytule?

K.: Mieliśmy plan, żeby ten tekst z „Psów” szedł jako intro na koncertach, ale po zrippowaniu z YT miało tak chujową jakość, że zrezygnowaliśmy… Nie doszukiwałbym się jakiejś głębszej ideologii. Po prostu, na płytce był kawałek o takim tytule, ówczesny wokalista – Mielnikiewicz pisał naprawdę syte, polskie teksty – „Na Pohybel” brzmiało dobrze i miało odpowiedni ciężar gatunkowy. Z drugiej strony był to okres, kiedy graliśmy, dłubaliśmy, a tzw „otoczenie” próbowało nam wmówić, że: „tak się nie gra”, „to nie muzyka”, „po chuj tak kombinować”, „lepiej zróbcie 5 normalnych numerów zamiast jednego pojebanego” itd. itp… Czuliśmy się trochę jak geniusze niedocenieni za życia (śmiech) więc nagraliśmy tę EPkę na pohybel wszystkim hejterom.

O.: Rok po debiutanckiej Epce wydaliście „Hunting Among Stars”, które w moich uszach brzmiało już lepiej. Ale nie obyło się bez zmian. Czym spowodowana była roszada na stanowisku wokalisty?

K.: Po pierwsze tym, że Mielnikiewicz wyjechał na do Anglii, a po drugie chcieliśmy bardziej napierdalać, bez słodkich wstawek. Ropa rzucił się nam w oczy na jednym z koncertów w Od Zmierzchu Do Świtu, ryczał w nieistniejącej już kapeli HC – Imazighen. Szybko się dogadaliśmy – wpasował się perfekcyjnie.

O.: A propos drugiego materiału – mówił Wam ktoś, że kojarzy się cholernie z „Corpses of the Universe” od Dead Infection?

K.: Akurat z Dead Infection nikomu się nie skojarzyło, ale trzeba przyznać, że trupy w skafandrach kosmicznych to cholernie oklepany motyw. Ostatnio widziałem t-shirt Vektor z podobnym wzorem – notabene brzydkim w chuj hehe.

O.: A to nie widziałem tego, hehe… Przyznam, że jak pierwszy raz zobaczyłem dobór cover na „Hunting Among the Stars” to lekko się zdziwiłem, bo kowerowanie Kata zazwyczaj ostatnimi czasy przypada młodzieży obleczonej w skóry, łańcuchy i tak dalej… Oczywiście, Kat zrobiony został po youdashowemu, co się chwali, co Wami jednakże kierowało wybierając ten numer? Zresztą podobna sytuacja ma miejsce w przypadku „Strip-Tease”…

K.: Coverami składamy hołd. W ogóle naszym graniem składamy hołd kapelom, które wpływały na nas przez całe życie. Był rok 1994, miałem 13 lat, kompletowałem „pierwsze piątki miesiąca” żeby pójść do nieba, a tu wpada mi w ręce „Oddech wymarłych światów’, czytam we wkładce, teksty, „Bóg to mój wróg” itd. miałem naprawdę dyskomfort psychiczny, bałem się, że staję się satanistą i pójdę jednak do piekła… No cóż, nie myliłem się hehe. Takie uczucia są niedostępne dla dzieciaków w obecnych czasach. Składamy hołd emocjom odczuwanym w sławetnych latach 90-tych. Na koncertach hołdowaliśmy USA: „Sacrificial Suicide”, „Stripped Raped And Strangled”, „Suicide Machine” – widzieliśmy jak się stare mordy cieszyły kiedy to graliśmy.

Jeśli chodzi o Strip-Tease – chcieliśmy przerobić kawałek, którego Acid Drinkers nie grają na żywo, a Acid dlatego, bo to mój ulubiony zespół.

O.: I piąteczka, bo też mam do nich olbrzymi sentyment! „Hunting Among the Stars” to krok ku zmianie stylistyki bardziej w stronę technicznego thrashu, bez takim niemetalowych łamańców jak na debiutanckim materiale. Ale jeszcze większy krok zrobiliście wraz z debiutem, gdzie Wasza muzyka brzmi już naprawdę dojrzale, a wpływów i inspiracji u Was sporo – od techicznego thrash metalu w zasadzie po grind core. To może powiedz, cwaniaczku, jak sam nazwałbyś ten gatunek, a nie kazał łamać głowy redakturom?

K.: Zamykając temat naszych dwóch pierwszych wydawnictw: z perspektywy czasu duuużo bardziej cenię „Na Pohybel” niż „Hunting…” „Jedynka” ma wartość samą w sobie, to był taki czas, że tak graliśmy, tak myśleliśmy i płyta oddaje w 100% to co chcieliśmy przekazać. Do tego zajebiście brzmi. Oczywiście, aranżacyjnie jest totalny bałagan ale taka była idea hehe. „Dwójka” okazała się tylko etapem, trampoliną do powstania czegoś ultymatywnego czyli „Astrophobii”, dlatego wszystkie kawałki z tej EPki znalazły się na albumie.

Sami mieliśmy problem z szufladką, w jaką się wsadzić, co napisać na plakacie… Dlatego dążyliśmy do coraz czystszej formy, tak aby z ulgą i dumą móc myśleć i wierzyć w to, że gramy death metal!

O.: Tak trochę mi się może wydaje, a może nie, ae duży wpływ ma na Was tematyka kosmosu, gwiazd i tak dalej, jak również Wy ją chyba dość wyraźnie eksplorujecie, niczym Gagarin. I na okładkach i w tekstach, a i muzycznie na debiutanckim krążku jest to chwilami bardzo pokręcony kosmos – zresztą tytuł „Astrophobia” mówi sam za siebie. Skąd to się wzięło?

K.: Chyba bliżej nam do Łajki niż do Gagarina… Kosmos jest czymś tak szerokim, że wszystko pod niego podciągniesz, a dalej będzie spójne, jednorodne. Truizm?

Kiedy Ropa do nas doszedł zaproponował tematykę kosmiczną, coś tam niby z „Gwiezdnych Wojen” coś tam z „Obcego” – poszliśmy w to. Kombinowałem jak Judasza połączyć z kosmosem i stwierdziłem, że wniebowstąpienie Jezusa było swoistym wystrzeleniem się w kosmos, a Judasz bardzo pomógł w realizacji tego projektu. Z innej bajki: kawałek „Devouring Cell” opowiadający o Komórczaku z kreskówki „Dragon Ball” – ta kreatura przybyła oczywiście z kosmosu… Astrofobia jako termin psychiatryczny, strach przed przestrzenią kosmiczną istnieje w naszych tekstach jako metafora lęków, ograniczeń, które każdy w sobie nosi. Egzystencja jako podróż, lot w przestrzeni, tylko od Ciebie zależy jak pokierujesz swoim Sokołem Millenium hehe. Bełkot? Możliwe, ale jak weźmiesz książeczkę, poczytasz teksty, okazuje się, że całość ma sens i jest spójna. Kosmos to tylko pretekst, koncept. Autorem tekstów jest Ropa, ale duży wpływ na ich treść miał Buczek, który ze względu na swoją profesję mocno siedzi we Freudzie, Jungu: samorozwój osobowości, skłonności autodestrukcyjne, nerwice itd. – to jest główna tematyka naszych kawałków. Pomimo, że opisuję to z lekkim przymrużeniem oka, bo dla mnie osobiście teksty zawsze były tylko dodatkiem do dźwięków chłopaki naprawdę poważnie podeszli do sprawy i warstwa liryczna ma niezaprzeczalną wartość.

O.: Tak pytam, bo przyznam, że ja z tematyką kosmiczną, astralną i tak dalej to jakoś nie jestem za pan brat. Filmów, książek czy seriali science – fiction nie trawię w zasadzie, więc z takimi jak ja Youdash może mieć ciężki orzech. Myślisz, że gdyby do muzyki jaką gracie pasowałaby tematyka piekielna lub np. turpistyczna?

K.: Na to pytanie poniekąd już odpowiedziałem, ale pociągnę wątek science-fiction i Twojego sceptycznego podejścia do tych klimatów [ależ wcale nie sceptycznego, pytam tylko z czystej, laickiej ciekawości – przyp. Oracle] – często spotykam się z podobnym do Twojego zdaniem i to moim najbliższym otoczeniu…

Sensem science-fiction jest fabuła ograniczona tylko wyobraźnią autora. Osobiście wymiękłem przy książce Jacka Dukaja „Perfekcyjna Niedoskonałość” – dojechałem do połowy i odpuściłem bo przerosła mnie intelektualnie. Ale cały czas mam z tyłu głowy wizję i koncept, który został wykreowany przez pisarza. Ja pierdolę, co trzeba mieć we łbie żeby stworzyć tak skomplikowany konstrukt? Cenię tych, którzy wnoszą do świata, do mojego mózgu „coś nowego”. A jako, że bardziej wolę ekstremalne formy wyrazu od tych subtelnych, science-fiction albo fantasy dają mi więcej funu niż super inteligentne dzieła Woody Allena albo Zanussiego hehe.

Hendrix, Frank Zappa, Morbid Angel – oni wszyscy myśleli jak twórca science-fiction – po prostu, jechali po bandzie tym co mieli w głowach.

O.: Okładka Astrophobia bardzo mi robi. Poproszę więc o analizę tego co na obrazku i jak ma się do tego co na płycie. Tylko żadnych mi „niech słuchacz sam sobie odpowiedzą na pytanie, o co nam chodzi”, bo to Wy jesteście artystami i Wy kierujecie jakieś tam przesłanie, prawda?

K.: Okładka ma bardzo duże znaczenie, była niejako fundamentem, na którym zbudowaliśmy całość. To, że Rafał Wechterowicz wykona dla nas projekt wymyśliłem sobie kilka lat wcześniej, nawiązałem kontakt i czekałem na moment. Przed wejściem do studia nagraliśmy demówkę w naszej sali prób. Rafał dostał wersje demo kawałków, wiedział jaki będzie tytuł płyty i na tej podstawie zaproponował swój pomysł. Coś tam dorzuciliśmy od siebie i powstał ostateczny projekt, który też mi robi… Wiesz, ja zawsze miałem wyjebane na teksty w metalowych kawałkach, traktowałem je jako pretekst dla instrumentu zwanego wokalem, ale okładki były dla mnie cholernie ważne. Świadomość, że TAKI projekt będzie na okładce pchała nas do przodu w trakcie nagrywek. Czuliśmy odpowiedzialność, że nie możemy się zjajczyć na płycie, że musi być max i ten obrazek wisiał nad nami i ciągle o tym przypominał hehe. Doszukiwanie się konkretnego przesłania w tego typu sztuce jest kastrowaniem tego co wartościowe, bo wartościowe jest to co każdy sam, intuicyjnie odczuwa w trakcie obcowania z dziełem. Beksiński nienawidził pytania o sens jego obrazów, nie potrafił definiować tego co chciał przekazać. Myślę, że (oczywiście przy zastosowaniu odpowiedniej skali) w tym przypadku jest podobnie. Ta okładka „ma robić” i robi.

O.: A nie boicie się, że przy takim stopniu eklektyczności muzyki Youdash paradoksalnie nie trafi ona do wielu osób? Dla takich thrashersów będzie zbyt brutalna, dla death metalowców z kolei będzie tam trochę za dużo thrash metalowych patentów…

K.: Nie boimy się ponieważ opisani przez Ciebie „fani pojedynczych gatunków” nie występują w przyrodzie. Nie wierzę, że są typy, które słuchają tylko thrashu, albo tylko post blacku hehe. Jasne, każdy ma swój ulubiony klimat i coś co zapuszcza częściej, ale każdy penetruje w mniejszym lub większym stopniu inne podgatunki. W obecnych czasach eklektyzm jest czymś naturalnym. Nawet jeżeli masz katanę z telewizorem Sodom i tak w tajemnicy przed kolegami brandzlujesz się przy Dream Theatre hehe. Zresztą wcale nie uważam, ze Youdash jest jakoś bardzo odjechany stylistycznie. Obracamy się głównie w podgatunkach szeroko pojętego metalu – a metal sam w sobie jest jednak dość ograniczony, z definicji. Albo inaczej… Weźmy sobie dwie płyty: Death „Symbolic” i Cannibal Corpse „Wretched Spawn” – obie to płyty death metalowe. Obok postawmy dwie płyty thrash metalowe: Heathen „The Evolution of Chaos” i powiedzmy Slayer „Reign In Blood”. No i mamy paradoks bo Cannibalom zdecydowanie bliżej do Slayera niż do Death, a Heathen zdecydowanie bliżej do Death niż do Slayera. Paradoks szufladki. Ale jakby ktoś się pytał to Youdash gra death metal bo mamy blasty i growling hehe.

O.: Widziałem, że zanim trafiliście do Deformeathing Productions grubo działaliście z promocją nowego albumu. I to się chwali, bo najgorsze, jak kapela nie roześle nigdzie swojego materiału, albo wyśle go w cztery miejsca i stwierdzi, że podziemie umarło, bo nikt o nich nie pisze… Czyli wychodzicie z założenia, że najlepiej brać los we własne ręce i nie czekać na bogatego wujka – sponsora, co Was wypatrzy spośród dwunastu tuzinów innych zespołów?

K.: Z góry założyliśmy, że sami przygotowujemy materiał i szukamy wydawcy mając wszystko gotowe – czyli muzykę, okładkę, projekt wkładki do CD, lyric video. Wydaliśmy promówki i wysłaliśmy wszędzie. Zrobił się szum bo wyhaczyli nas kolesie z Metal Injection i poszło kilka wrzutek u nich na portalu. To na pewno nam pomogło, ale nie na tyle, żeby Mystic uznał nas za swój priorytet hehe. Feedbeack od wydawców był średni… Z drugiej strony to przecież biznesmeni, a nikt o zdrowych zmysłach nie usłyszy w „Astrophobii” potencjału na interes życia. Kiedy odezwał się Wojtek wystarczyły dwa maile i wiedzieliśmy, że mamy wydawcę, takiego jakiego chcieliśmy mieć.

O.: Ogólnie to Deformeathing Productions ostro wzięło się za promowianie Youdash i bardzo dobrze – Wojtek zna się na rzeczy, choć może nie wszystkie rzeczy od niego są w moim guście – ale jak już są, to rwą mi mosznę aż miło. Myślisz, że brakuje w naszym podziemiu takich wydawców jak Deformeathing Productions?

K.: Tak, Wojtek jak już dostał od nas materiał ogarnął temat bardzo sprawnie. Tłoczenie, drukarnia, tekturki, pierdółki – wszystko na zajebistym poziomie. Zależało nam na jakości i szczegółach – nie zawiedliśmy się. Dzięki pracy i kontaktom Wojtka info o płycie pojawiło się praktycznie wszędzie gdzie mogło się pojawić. Fajnie też, że dzięki naszej płycie Wojtek wyrobił sobie kilka nowych bardzo ciekawych kontaktów. Działamy na zasadzie symbiozy.

A jeśli chodzi o polskie podziemie, mam wrażenie, że ma się dobrze – jest kilka labeli, są ewidentne trendy, są „gwiazdy”, które robią swoje i nakręcają tę scenę. Tak to widzę z boku, nie jesteśmy częścią tego zjawiska bo nasz status i pomysł na działanie jest trochę inny… Dlatego tym bardziej szacun dla Wojtka, że wydaje rzeczy w kontrze do tego co modne.

O.: Kuba, temat rzeka, nieodłącznie kojarzący się z metalem – piwko. Słuchy mnie dochodzą, że nie zadowalasz się byle browarem z Biedronki, a raczej grzebiesz po craftowych rzeczach i tak dalej, prawda to? Ostatnio popularne jest wśród kapel wypuszczanie serii swoich bronków, ale o ile pierwsze takie posunięcia były spoko, o tyle teraz już się to chyba oklepało trochę, więc mam nadzieję, że Youdash na coś takiego nie wpadnie. Jak już to bimber!

K.: W Polsce, od kilku lat ma miejsce tzw. „piwna rewolucja”, czyli zjawisko, idea, mająca na celu pokazanie ludziom, że piwo to nie tylko Tyskie. Widzę pewną analogię do death metalu, który podobnie jak piwna rewolucja powstał w USA, ale Polska stworzyła, swoją zajebistą i prężną scenę. Piwo jest fascynujące bo jest proste: poszczególne style i gatunki diametralnie się od siebie różnią co ułatwia zabawę polegającą na odkrywaniu nowych doznań smakowych. Nie mam szczególnych umiejętności sensorycznych, nie aspiruje do miana blogera piwnego, ale uwielbiam piwo, cały czas się uczę, coraz więcej rozumiem i dzielę się tą pasją z innymi. Buczek twierdzi, że to tylko dorabianie ideologii do alkoholizmu ale ja widzę w tym głębszy sens hehe.

Jeśli chodzi o sygnowanie piw przez kapele, są dwie możliwości. Jedna jest wtedy kiedy mało znana kapela, ma chody w browarze, znajomości itd. – browar wypuszcza piwo z logo takiej kapeli, kapela liczy na fejm bo mają „swoje” piwo, browar liczy na sprzedaż bo fani kapeli wykupią cały nakład i wiadomo, że obie strony są skazane na porażkę bo i piwo nie jest wybitne jak i te 700 followersów z fejsa nie kupiło 700 butelek tylko 30.

Druga opcja to brand, marka – czyli np. Behemoth, z którego logiem warzy piwo browar Perun. To już jest czysty biznes, dla obu stron i to jest OK. Akurat piwa z serii Behemoth są raczej „grzeczne”, mało eksperymentalne, ale wiem, że wiele osób, zachęconych logiem na etykiecie i poczuciem „jestem metalowcem – must have piwo Behemotha” wydało te 8-9 zeta na browara, i dzięki temu wsiąknęło w piwny underground. To jest temat na osobny wywiad hehe.

My bylibyśmy tą pierwszą opcją więc nieee, Youdash z chęcią udostępni nazwę dla jakiegoś nowo zmutowanego gatunku roślinki używanej do celów leczniczych…

O.: W metalu (czy w muzyce generalnie) fajne jest to, że co chwila można odkryć coś nowego, może niekoniecznie świeżego, ale coś co wyrwie nas z butów od pierwszego przesłuchania. Miałeś tak ostatnio? Z jaką kapelą?

K.: Testament „Brotherhood of the snake” – to jest ostatnia rzecz jaka wyrwała mnie z butów, co jest akurat dziwne, bo Testement jest raczej przewidywalny i nie liczyłem na fajerwerki ale ostatnia płyta ma w sobie takie pierwotne, surowe „coś” – trafia idealnie w mój punkt G. Astrophobia” wyszła w połowie grudnia, przez co rzutem na taśmę załapaliśmy się na kilka podsumowań 2016 roku więc chcąc nie chcąc poświęciłem trochę energii żeby zbadać co tam wyszło w świecie, głównie w USA. Czekałem na jakiś strzał w ryj i nic. Albo ultra brutal slam, albo post black coś tam sludge – czyli ultra szybkie sweepy i tappingi na tle karabinu maszynowego vs. 3 dźwięki na minutę, robiące przeeeestrzeń. Nie moja bajka. Ostatnio coś tam znalazłem, randomowo – jakaś młoda kapelka, łupią sobie death metal – myślę: fajne, ale zaraz po tym włączyłem sobie Morbid Angel „Formulas…” i tylko się uśmiechnąłem. Odkrywanie klasyków na nowo jest w chuj lepsze niż szukanie na siłę ich następców. Dlatego non stop katuję Cannibal Corpse (wszystko od „Bloodthirst” w górę), Suffocation, Morbid Angel „Gateways…” – słuchanie powyższych sprawia mi radość, a ja lubię odczuwać przyjemność. Z takich rzeczy co wy tam na Chaosie lubicie hehe to Dead Congregation – na nich zawiesiłem się na dłużej – zajebisty death metal. Za to kompletnie nie trafiają do mnie te wszystkie wasze Furie, Mgły i Bolzery, kilka razy próbowałem, ale nie.

O.: Hehe, jakie one nasze, toć dobro całego narodu… No to na koniec – płyta wydana, koncerty się kręcą, co dalej ma Youdash w planach?

K.: Przestaliśmy mieć plany. Naście lat podporządkowaliśmy życie graniu, zrealizowaliśmy cel w postaci płyty i zajęliśmy się życiem, które nas na nowo zafascynowało hehe. Mieliśmy grać koncerty, ale to okazało się niemożliwe bo rozdupcyło nas po Polsce i zaczęliśmy mieć do siebie daleko. Nie nakładamy na siebie żadnej presji. Już nic nie musimy, imperatyw grania zniknął z naszego życia i ja osobiście czuję się z tym bardzo dobrze. Wszystko co wydarzy się w przyszłości będzie wynikało z tego, że nam się chce, a wiem, że ciągle nam się chce.