Wojciech Lis: „To co urodziło się w PRL było z całą pewnością pionierskie.”

Na wywiad z Wojtkiem miałem ochotę już po „Decybelowym Obszarze Radiowym”, ale jakoś się to rozeszło po kościach. Szczęśliwie niedawno ukazała się jego trzecia książka „Metalowe Wersety”, która spowodowała że spiąłem pośladki i ułożyłem kilka pytań, choćby po to, żeby Wojtek mógł zasiąść po drugiej stronie kartki – nie odpytując, a być odpytywanym. Przed Wami gość, który poświęcił masę swojego życia na przypominanie świetnych kapel z początków naszej sceny, autor trzech książek, chodząca encyklopedia początków polskiej sceny metalowej. Prywatnie – mój kolega.

 

Oracle: Strzała Wojtku! Przede wszystkim, bardzo się cieszę że zgodziłeś się na ten wywiad. No to może na początku już pójdziemy w trudne tematy – uważasz się za takiego kronikarza polskiej sceny metalowej?

Wojtek: Cześć Kuba! Nie aspiruję do tego, aby takim kronikarzem być, ani też ta łatka jakoś specjalnie mnie nie uwiera. To wzięło się być może stąd, że w „Gazecie Magnetofonowej” (skądinąd znakomitym piśmie o polskiej muzyce) jej redaktor naczelny Jarek Szubrycht napisał o mnie per „scenowy kronikarz”. Było to przy okazji artykułu „Parszywa dwunastaka”, gdzie wspominamy polskie zespoły metalowe, które nie zasłużyły na zapomnienie. Ktoś być może tego „scenowego kronikarza” podchwycił i tak to określenie mogło zafunkcjonować. Gdy myślę o tym określeniu, to bardziej z uśmiechem na twarzy.

Swoją drogą, mamy w Polsce osoby, które są świetnymi kronikarzami rodzimej (i nie tylko) sceny metalowej. Mam na myśli np. Tomasza Krajewskiego czy Pawła Frelika. Marzy mi się, aby któryś z nich napisał kiedyś publikację o przeszłości polskiej sceny metalowej. To byłoby naprawdę coś.

O.: To od początku… Czyli tak jak Ty przepytywałeś większość kapel do „Najświętszego Napletka Chrystusa”. Skąd u młodego Wojtka wziął się ten cały metal? Wiem, że nie od razu trafiłeś na ten gatunek… I jak duże znaczenie ma tutaj Oddział Zamknięty, heh?

W.: Zanim nastał metal była oczywiście inna muzyka. Zwłaszcza ta, której słuchałem jako dziecko w radiu, a konkretniej w Liście Przebojów Programu Trzeciego. Do dziś bardzo lubię i często wracam do muzyki i płyt z tamtego okresu: Michael Jackson, Paul Young, Madonna, Kim Wilde, Ultravox, Alphaville, Bronskie Beat, Visage czy Duran Duran. W tamtym okresie słuchałem też dużo polskiej muzyki, od Woo Boo Doo, Kombii po Azyl P., czy Lady Pank. Płyty analogowe w latach 80. były tanie. Kupowała je starsza siostra, kupowali rodzice. Później już kupowałem sam. Mam te płyty, które lubię, a pochodzą właśnie z tamtych lat: Wawele, Abba czy Shakin Stevens. Około 1984 r. moja siostra przyniosła do domu debiutancki LP wspomnianego przez Ciebie Oddziału. Przeżyłem wówczas, jako 8-letni brzdąc, zupełne objawienie. To było świetne, rockowe granie z pazurem. Dobra, rockowa nuta, tak? Łuczaj i Jaryczewski to był duet, który świetnie się dogadywał pod każdym względem, dlatego tej pierwszej płycie Oddziału nic nie brakowało. Muzyka i teksty – wszystko na niej „żarło” jak należy. Bardzo żałuję, że nigdy nie udało mi się zobaczyć tego wczesnego składu OZ na żywo.

W 1986 roku zacząłem kupować miesięcznik Non Stop i trochę innych gazet, które wówczas się ukazywały: Na Przełaj, Świat Młodych, Magazyn Muzyczny, Razem czy pisma, w których były plakaty: Zarzewie, Zielony Sztandar, Dziennik Ludowy itp. Tam pojawiały się od czasu do czasu informacje o zespołach rockowych czy hard&heavy metalowych.

Radio też odegrało kolosalną rolę w naprowadzeniu mnie, nazwijmy to umownie, na metal. W Klubie Stereo Marek Gaszyński prezentował w 1986 roku ich pięć płyt Led Zeppelin, od „jedynki” do „Houses Of The Holy”. Ja tego słuchałem oszołomiony. We wrześniu 1987 roku w „Muzyce Młodych” usłyszałem Motorhead „No Sleep ‚til Hammersmith”. To też był szok.

Miałem też kolegów. Kilku z nich, jak starszy Jarek Adamiak, miał skromna kolekcję kaset, ale najważniejsze, że mogłem z niej skorzystać i coś sobie dzięki uprzejmości Jarka, przegrać. Np. AC/DC „Who made Who”.

Przełom nastąpił w wakacje 1988 roku. Wtedy, będąc na wakacjach u rodziny w Rybniku kupiłem, a raczej siostra mi kupiła, wydany w PRL krążek Venom – „Possessed”. Ta płyta, którą zresztą wielbię (nigdy nie zgodzę się ze słowami Cronosa, że „to powinno być demo”), była dla mnie rewolucyjna. Wcześniej miałem to szczęście, że w telewizyjnym programie Non Stop Kolor u W. Manna i J. Chojnackiego zobaczyłem fragment koncertu Venom, a raczej moment niszczenia sprzętu przez trio z Newcastle. Gdy kupiłem „Possessed” wszedłem w metal mocniej, ale nadmieniam, że równolegle słuchałem i kupowałem też płyty z muzyką punkową i popową.

O.: Zazdraszczam doskonałej pamięci! Początki metalu i sceny metalowej w Polsce poruszane w „Jaskini Hałasu” to problemy sprzętowe, zadymy, krojenie, zgrywanie albumów z radio, ale też kilkudziesięcioosobowe wyjazdy na koncerty (często liczne w setkach w przypadku większych miast)… A jak to wyglądało w Twoim przypadku? Pamiętasz swoje wyjazdy, spisywanie przez milicje, trzepanie ze składu i dyskografii zakończone skrojeniem, tarnobrzeską ekipę…?

W.: Miałem dylemat czy pisać „Jaskinię” ze względu na swój wiek (rocznik 1976). Wydawało mi się, że nie mogę pisać o czymś, czego sam nie doświadczyłem, bo będę niewiarygodny. Godlewski (rocznik 1969) był kilka razy w Tarnobrzegu i skutecznie mnie urabiał, mówiąc coś w stylu: „nie martw się, ja jeździłem wtedy na koncerty, więc to opiszę, a ty zajmiesz się teoretyczną stroną tej książki”.

Tak. Ofiarą zakupów bezgotówkowych padłem w 1992 roku. To był mój pierwszy większy wyjazdowy koncert i od razu krojonko. Mieliśmy z kolegą Łukaszem po 16 lat i pojechaliśmy na S’thrash’ydło do Ciechanowa. Wtedy się trochę tych różnych scen naoglądałem. No, ale takie to były wówczas zwyczaje. Nigdy nie dostałem zaś pałą milicyjną, a milicyjne Nyski pamiętam jedynie z koncertów w Tarnobrzegu na które zacząłem chodzić w latach 1989/1990. W 1990 roku w Tarnobrzegu odbył się kameralny koncert w MPiK-u, gdzie grały Septic Core (Staszów), Suka oraz Desecration z Tarnobrzega. I niebiescy obstawiali wówczas ten koncert. A propos krojenia. W 1990 r. w Tarnobrzegu miała grać Armia. Byłem tam wtedy, ale koncert został odwołany. Z tego powodu ludzie zaczęli szumieć. Mój nieżyjący już kolega (Paweł S. – założyciel zespołu Carrion Of Torrent) z którym byłem wtedy pod Wojewódzkim Domem Kultury stracił wówczas…glany. Oprawca zostawił mu przyciasne buty welurowe. Mieliśmy wtedy po 14 lat. Szczęśliwie w Tarnobrzegu nikt mnie nie ścigał, dlatego nie musiałem bawić się w wyliczanki dyskografii i składów zespołów. A nawet gdyby mnie ktoś dorwał, to zapewne w stresie nic bym z siebie nie wydukał.

O.: Próbowałeś kiedyś grać w jakiejś kapeli, czy jak spora część metalowych pismaków nie miałeś drygu do instrumentów i zająłeś się słowem drukowanym?

W.: Próbowałem. Jeszcze jako smyk, w latach 80 razem z kuzynem założyłem „zespół” MW Trupia Czasza, przemianowany potem na Hell Head. Akustyczna gitara i pudła tekturowe, które służyły jako bębny, to było nasze instrumentarium. Kompletna amatorka, ale szczera i dziecięca chęć grania za wszelką cenę. Nagrania przechowuję do dziś. W latach 90. powstał zaś Apocalyptic. Duet, w którym „grałem” na gitarze i „śpiewałem”. Było to dosyć dziwaczne i część osób do dziś śmieje się z dokonań tej formacji. Ukazały się 4 demówki. Przyznaję, nie mieliśmy zbyt dobrej prasy. Ale to był jakiś tam etap w moim życiu. Może niezbyt fortunny, ale jednak. Nie będę wygumkowywał tego ze swojego życiorysu.

O.: Powiedz skąd w ogóle pomysł na „Najświętszy Napletek Chrystusa”? Jakby nie było – to był pierwszy tego rodzaju typowo wspominkowy zine w Polsce. Dopiero długo później Leszek założył swojego „Oldschool Metal Maniaca”… Czy chodziło o ocalenie od zapomnienia kapel które kładły podwaliny pod polską scenę?

W.: W Infernal Death zine kolega Piastol miał rubrykę w której pisał o starych polskich zespołach (m.in. Slaughter). Mniej więcej w tym samym czasie, co # 1 NNCh ukazał się Im Death Zine – Jarka Szubrychta i Tomka Krajewskiego. Ten magazyn to był majstersztyk. Co zresztą nie dziwi, skoro kolegium redakcyjne tworzyli tak wytrawni znawcy tematu. Ukazał się tylko jeden, ale genialny numer.

Tak sobie wymyśliłem formułę tego zina, aby faktycznie – jak wspomniałeś, ocalić te zespoły od zapomnienia. I nic poza tym, nie ma tu jakiejś głębszej ideologii. Zawsze lubiłem stare, polskie zespoły metalowe. Nasłuchałem się ich w „Muzyce Młodych”: Thrasher Death, Vader, Exorcist, Holy Battalion, Quo Vadis, Hellias. Bardzo mi się to granie podobało. Gdy powstawał debiut NNCh, to w Polsce kwitła scena Black Metalowa. Mnie to niespecjalnie interesowało, dlatego ruszyłem ze swoim zinem. # 1 ukazał się w styczniu 97, a materiały do niego zacząłem kompletować na początku 96, gdy zdychał Apocalyptic. W pierwszym numerze były wywiady z muzykami: Smirnoff (Krycha), Vader & Raxas (Vika), Egzekuthor (Thrashnalek), Separator (Runaway), Exorcist (Skeleton), Mortuary (Ozzy), Curse Ritual (Lubas), Thrasher Death (Sin Mordel) oraz wydawcami zinów: Infernal Death (Piastol) i Fuckin Bitch (Szkieletor).

O.: Sam tytuł, jeśli ktoś jeszcze nie wie, zaczerpnąłeś z artykułu w „Nie”. Poza tym były redaktor z tego tygodnika pojawił się też udzielając wywiadu w jednym z numerów Twojego ziniacza, chyba w szóstym, o ile pamiętam. Mnie to cieszy, bo osobiście jestem długoletnim czytelnikiem Urbana i uważam, że jest to medium obiektywne w swoim subiektywizmie – kopią po dupie wszystkich, od prawa do lewa, mimo wyraźnego opowiedzenia się po lewej stronie. Ale dziś to chyba nieładnie na scenie metalowej przyznawać się do tego że ma się lewicowe poglądy, czy że czyta się Urbana. Fajniej być przecież żołnierzem wyklętym, prawda?

W.: Czytałem Tygodnik „NIE” pewnie od jego samych początków, a już na pewno miałem w rękach jeden z pierwszych numerów w którym była na ostatniej stronie „dziewczyna NIE”. Czytałem i oglądałem, bo rysunki w tygodniku prezentowane, to zawsze była pierwsza klasa. W którymś numerze z połowy lat 90., ukazał się artykuł na temat ciekawej relikwii tzn. świętego napletka Chrystusa. W artykule dziennikarz podnosił temat tego, kto ponosi winę za zniknięcie napletka (bo on zaginął) i gdzie ów napletek może się teraz znajdować. Artykuł mnie na tyle zaintrygował i rozbawił, że postanowiłem nazwać swojego zina tak, a nie inaczej. Nie chciałem mieć w nazwie słowa „brutal”, „extreme”, „necro”, „death” itp. Zależało mi na jakimś punkowym pierwiastku w nazwie. Muszę przyznać, że mocno zainspirował mnie też wtedy punkowy fanzin „Plemniki Juliusza Verne’a”.

W nr 6 NNCh owszem znalazła się krótka rozmowa z Piotrem Gadzinowskim, ówczesnym zastępcą naczelnego „NIE”. Dziś dziennikarzem „Trybuny”. Sam red. Jerzy Urban jest moim zdaniem jednym z najlepszych powojennych dziennikarzy w kraju. Nie będę się z tego tłumaczył, ani nikogo do tego przekonywał. Skomplikowane były niejednokrotnie losy ludzi w powojennej Polsce. W redakcji „Po Prostu” Jerzy Urban kumplował się z jednej strony z Markiem Hłasko (który wspomina go w „Pięknych dwudziestoletnich), a z drugiej strony jego kolegą redakcyjnym był Jan Olszewski, mentor dzisiejszej prawicy. Długo by można o tym opowiadać. Dodam tylko, że red. Urban pisał teksty dla kabaretu „Pod Egidą” Jana Pietrzaka – dzisiejszego piewcy dobrej zmiany, a kiedyś beneficjenta systemu. I nie Pietrzaka wówczas szczerze nienawidził Władysław Gomułka, ale właśnie Jerzego Urbana, przez którego ten miał przez długie lata zakaz pisania.

Jerzy Urban to inteligentny, dowcipny i uprzejmy człowiek. Taki przynajmniej jawi mi się po mojej krótkiej z nim korespondencji, której zwieńczeniem była jego wypowiedź na kartach mojego „Decybelowego obszaru radiowego”. Dla równowagi, zwróciłem się także do Marcina Wolskiego, a później do Krzysztofa Skowrońskiego, ale obaj ci panowie nie odpowiedzieli mi, choć potwierdzili otrzymanie moich wiadomości. Być może uwierała ich obecność w książce red. Urbana, bo poprosiłem ich o komentarz do jego słów…

A to, co sądzą inni o mnie i moich poglądach, ani mnie ziębi ani grzeje.

O.: Prawda. Wracając do „Najświętszego Napletka Chrystusa”… Jest jakaś osoba, którą odpytałeś, a z którą było naprawdę ciężko się skontaktować? Zniknęła, przepadła i to niemal cud, że planowany wywiad się udał? Jest jakaś lista osób, z którą ostatecznie wywiad nie wypalił z jakichkolwiek przyczyn?

W.: Są osoby, których nie ma w „NNCh”, a powinny być. Brakuje np. Poldka z tarnowskiego Condemnation, Arthura z wrocławskiego Nuctemeron czy Tomasza Krajewskiego z Holocaust zine. To są moje porażki – nie udało mi się do nich dotrzeć, albo nie byłem na tyle skuteczny, aby ich przekonać do rozmowy. Ciężko było skontaktować się z kilkoma osobami. Szczęśliwie mam znajomych, którzy byli moją forpocztą. Dzięki np. Krzysiowi „Axerowi” Golcowi udało mi się dotrzeć do Marcina z Eternal Torment zine. To były trudne i długie negocjacje, ale zakończone sukcesem. Spotkałem się z Marcinem i porozmawiałem. Bardzo mi na tym zależało, bo Eternal Torment był swego czasu na zachodzie jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich produktów obok Imperator, Vader, Slashing Death.

O.: Dlaczego tak naprawdę skończyłeś wydawanie „Najświętszego Napletka Chrystusa”? Brak pomysłów, motywacji, proza życia? Nie tęskno Ci czasem do reaktywacji „Najświętszego Napletka Chrystusa”?

W.: W 2008 roku udało mi się przeprowadzić długi wywiad z Barielem z Imperatora, a były to czasy, gdy nie rozdawał na fejsiku „uścisków dłoni”. Uznałem wtedy, że skoro przepytałem Piotra „Bariela” Tomczyka i Marcina Wawrzyńczaka, to mogę sobie już tego zina darować. Tym bardziej, że Tomek Godlewski wiercił mi dziurę w brzuchu – chciał ruszyć prace nad „Jaskinią Hałasu”.
Koniec „NNCh” był zatem naturalny i bezbolesny, zarówno dla mnie, jak i tym bardziej dla czytelników. Nie jest mi tęskno. Jak wiesz, gościnnie tu i ówdzie się jeszcze się od czasu do czasu ujawniam. Na wydawnictwach z logo Thrashing Madness dzięki Leszkowi Wojniczowi mogłem napisać biografie moich idoli z polskiego podziemia czyli Slaughter z Koszalina i Scarecrow z Bydgoszczy. To dla mnie wielka frajda, tym bardziej, że pisałem z błogosławieństwem od samych zespołów.

O.: Swoją drogą wiem, że hm… masz ciekawy punkt widzenia odnośnie przyszłości zinów i o ile wiem, nie wszystkim się to spodobało. Samej historii nie musimy poruszać jeśli nie chcesz, ale na pewno nie wszyscy wiedzą jaki jest Twój punkt widzenia na sprawy sensu wydawania zinów w dzisiejszych czasach – mógłbyś się podzielić swoim punktem widzenia?

W.: Tu nie ma żadnej tajemnicy, chętnie o tym opowiem. W latach 80. panował głód muzyki i zarazem deficyt wiadomości na jej temat – tym bardziej na temat ekstremalnego metalu. Podziemna scena metalowa rodziła się, a wraz z nią wszystkie jej składowe elementy – w tym fanziny. Ludzie , którzy je tworzyli byli dostarczycielami wiedzy zupełnie wówczas niedostępnej, a przez to ważnej. Byli posłańcami wiedzy o tej muzyce z rolą, która w latach 80. była nie do przecenienia. Nie bez kozery wiele tytułów z tamtych czasów pozostaje do dziś na ustach archeologów ekstremy podziemnej i to nie tylko w Polsce ( mam na myśli Eternal Torment zine czy Holocaust zine – wydawane przez naszych rodaków).

Lata 90. to rozwijający się w Polsce na wielu płaszczyznach wolny rynek. Naturalnie mamy też wysyp zinów, ale już z lepszą jakością techniczną. Niemniej w latach 90. fanzin cały czas pełnił ogromną rolę – wszak grunt był wówczas podatny do prosperity zinów. Powstawało dużo zespołów, a stacje radiowe chętnie jeszcze promowały metal. W tamtych latach – bez ekspansji internetu – fanziny były cały czas potężnym źródłem wiedzy dla środowiska metalowego czy punkowego, komunikującego się głównie drogą listowną.

A dziś? W 2018 roku? W dobie internetu, gdy synonim podziemnego metalu jak np. amerykański NunSlaugter ma swój profil na facebooku, rola kserowanego zina została – moim zdaniem – zdegradowana. I uważam, że zin przegrywa z Internetem. Gdy chcę coś sprawdzić – wchodzę na stronę www i mam aktualne informacje, co tam słychać u Włochów z Necrodeath, albo u panów z peruwiańskiego Mortem. Proszę nie oczekiwać ode mnie „ochów” i „achów” oraz czołobitności tylko dlatego, że ktoś robi zina od 20 lat, a potem wydaje go w nakładzie 50 kopii. Zupełnie nie przemawia do mnie taka rola zina. Mało tego – ten zine ukazuje się po roku, albo i więcej i jest jeszcze absurdalnie limitowany. Skoro coś robię, piszę o kimś, to chyba chcę podzielić się tą wiedzą z jak najszerszym gronem odbiorców? Ja tak to rozumuję.

I takie właśnie były generalnie tezy mojego wywodu, który opublikowała gazeta Witch Kult. To wystarczyło, aby narazić się zinowej inkwizycji. Potem dzięki Tobie dowiedziałem się, że ja – chamisko – szkaluję bohaterskich wydawców zinów. Ponoć też ukazał się krytyczny tekst o moich odchyleniach, który opublikował bodaj Apocalyptic Rites zine. Nawet nie znam jego treści – nie prosiłem Cię o przesłanie tego, bo mało mnie to interesuje. Ot cała sprawa.

O.: No to skoro tak, to zostawiamy ten temat…Jaskinia Hałasu” to tak naprawdę pierwsze opracowanie poświęcone polskiej scenie metalowej. Wcześniej może i ukazywały się pojedyncze książki poświęcone konkretnym zespołom, ale nie było niczego dedykowanego początkom sceny metalowej w Polsce. O ile wiem, Kagra jakiś czas temu wypuściła dodruk, więc chyba to chyba całkiem potrzebna pozycja, prawda? Myślisz, że sporo osób dzięki niej dowiedziało się, że metal w Polsce zaczął się nie na Behemoth tylko jednak trochę wcześniej?

W.: „Jaskinia” faktycznie była pierwsza. Cały czas będę jednak zachwalał dwie publikacje: Jarka Szubrychta – „Vader. Wojna totalna” i Łukasza Dunaja – „Konkwistadorzy diabła”. Choć obie skupiają się głównie na historii Vader i Behemoth, to jednak są mistrzowsko napisane, warte polecenia i odnajdziemy tam (zwłaszcza u Jarka) sporo faktów o polskim podziemiu lat 80. Czytałem książkę Piotra Weltrowskiego i Krzysztofa Azarewicza „Nergal. Spowiedź heretyka”. I też bdb lektura. Świetnie poprowadzona, ciekawa rozmowa. Nergal wspomina w niej, że słuchał audycji radiowych, w których grany był metal – o ile pamiętam, mówi o „Muzyce Młodych” i „Metalowych Torturach”. I on sam generuje sygnał dla tych młodszych czytelników, że przed Behemoth było coś innego. Wspomina, że Mira Mackiewicz-Kubiak i Jacek Kubiak (pozdrowienia) podpowiadali i dostarczali mu ciekawych nagrań.

Odpowiadając na Twoje pytanie: trudno dywagować, ile osób dowiedziało się z „Jaskini”, że przed Behemoth w Polsce był grany metal. Wydaje mi się, że wielu młodych czytelników ma jednak świadomość, że tak właśnie było.

Od jakiegoś czasu jest już faktycznie drugie, poszerzone wydanie „Jaskini hałasu”. I to mnie cieszy. Tym bardziej, że jak informuje Kagra, książka cały czas się sprzedaje. I jeszcze z kronikarskiego obowiązku osoby, które dodatkowo przepytałem do II wydania: Ela Kaczmarek (Blasphemous Ritual zine/ Death Metal ‘zine/ Thrash’em All), Mira Mackiewicz-Kubiak (Esoteric ‘zine), Klaudia Kim (Equinox ’mag/ Asphyx ‘zine/ Coma Flower), Mariola Pokrzywińska (Drrrama), Magda Okoń (SLASHING DEATH & SLAUGHTER – promocja), Rafał Sosin (Death Metal ‘zine), Janusz Grycel (Mayhemic Slaughter ‘zine), Robert „Wolf” Wiśniewski (SCARECROW/INDULGENCE) , Robert Feledyk (SCHISMOPATHIC), Piotr Luczyk (KAT), Staszek Wójcik (twórca Festiwalu Drrrama, menago GHOST), Jacek „Jeff” Kubiak (DAMNATION/HELL-BORN), Marcin „Nasty” Łunkiewicz (PIEKIELNE WROTA/SLAUGHTER), Mariusz Sobiela (OPEN FIRE), „Adrian” (IMPERATOR), Konrad Lizak (MORBID VISION), Zbyszek Szulc (Olsztyn Old Underground), Łukasz „Lucas” Myszkowski (SPARAGMOS/ANTIGAMA), Przemysław „Slatan” Nowaczyk (FC Diabolic Force ‘zine), Paweł „Aggressor” Ręczkowski (EVIL ARMY/EXORCIST), Tomasz „Żarówa” Dobrzeniecki (HAZAEL), Artur „Mola” Jaworowski (Suck My Dick ‘zine), Grzegorz Lisowski (CELEBRATION), Michał „Szkieletor” Krauze (Fuckin Bitch ‘zine) i Jacek Adamczyk (organizator koncertu Thrash Camp w Rogoźniku).

O.: Druga książka sygnowana Twoim nazwiskiem to „Decybelowy Obszar Radiowy”. Uważam to za naprawdę fajną pozycję, adresowaną chyba znów do starszych osób, jak uważasz? Założę się, że niejeden muzyczny maniak przypomni sobie czasy, jak zapieprzał do domu, żeby nagrać z radia całe płyty albo pojedyncze numery…

W.: Dzięki Kuba za „fajną pozycję” [dzięki za bardzo dobrą książkę – przyp. Oracle]. Miło. Siłą rzeczy jest to książka adresowana do nieco starszej młodzieży. Tej pamiętającej, że kiedyś w polskim radiu można było usłyszeć Extreme Noise Terror, Hobbs Angel Of Death, Sodom, albo Death.

Pamiętam rok 1990, kiedy z „Muzyki Młodych” nagrywałem jeszcze płyty Nasty Savage – „Penetration Point” czy Sodom – „Agent Orange”. Pamiętam też ostatnią emisję audycji, w której Marek Gaszyński mówił, że zostaje zdjęta z anteny. Miałem 14 lat i było mi przykro. Kończyło się coś z czym bardzo zżyłem się emocjonalnie. To była audycja na którą się czekało z ekscytacją, niczym na pierwszą randkę. Stąd właśnie zrodził się pomysł na „Decybelowy”. Czyli książkę o radiowcach, znakomitych audycjach, o fenomenie tego diabelskiego wynalazku, na którym wychowywały się całe pokolenia. W moim przypadku tak właśnie było. W 1985 roku w Liście Przebojów Programu Trzeciego usłyszałem fragment utworu „Horror” Oddziału Zamkniętego. Byłem pod wrażeniem. Dosyć dobrze zapamiętałem tamten moment. Ówczesny Oddział jest mi bliski, a uczucie wobec tej formacji zrodziło się właśnie w formacyjnych latach, gdy zaczynałem słuchać radia.

Dzięki radiu i audycjom autorskim kształtował się mój gust . W listopadzie 1989 r. Marek Wiernik zaprezentował w audycji „Cały ten Rock” płytę LARD – „The Power Of Lard”. Dzieło dwóch indywidualności sceny niezależnej: Biafry i Jourgensena. To był także duży cios. W Rozgłośni Harcerskiej usłyszałem pierwszy raz Bieliznę, Piersi czy 1984. Nigdy nie zapomnę też Tomasza Ryłko, który w swoich krótkich audycjach na antenie Rozgłośni Harcerskiej prezentował absolutną dzicz muzyczno-estetyczną. W jego autorskim „Niecałym Rocku” usłyszałem chociażby włoski Wretched, brytyjski Napalm Death czy Active Minds z tego samego kraju. To były najgłębsze czeluści europejskiego podziemia hardcore/punk.

Co jeszcze? Maciej Chmiel i Robert Tekieli prezentowali w „Zadzwońcie po Milicję” (radiowa Jedynka) duński, punkowy President Fetch czy rodzimy Max i Kelner, Filip Łobodziński w „Demo Top” (radiowa Trójka) grał szczeciński, thrashowy Egzekuthor, Maciej Chmiel w „Ręce boksera” krautrockowy, niemiecki Faust, a Roman Rogowiecki w audycji „Metalikus” (radiowa Trójka), prezentował słuchaczom amerykańskich gigantów death metalu – Obituary. Lata 90. też były fantastyczne. W trójkowym „Brumie” były grane tak różne i świetne zespoły, jak: Kinsky, Czerwona Chorągiewka czy Geisha Goner. Było w czym wybierać, a to i tak tylko wybiórcze i moje subiektywne wspomnienia. Ale tak właśnie zrodził się pomysł na „Decybelowy”.

O: Sam czytając „Decybelowy Obszar Radiowy” dochodzę do smutnej konstatacji – o ile czterdzieści, trzydzieści lat temu radio było oknem na muzyczny świat, o tyle dziś jego funkcję przejął internet, o ile dawniej radia się słuchało – dziś już tylko się je słyszy, grające w samochodzie czy w sklepie, nie niosące ze sobą niczego wartościowego (oczywiście generalizuję), a będące jedynie medium – podkładem pod reklamy i muzyczną papkę. Jak sam się na to zapatrujesz?

W.: Dla mnie osobiście, tej magii, którą miało kiedyś radio, już niestety nie ma. Nie wykluczam jednak, że dla wielu innych słuchaczy i prowadzących audycję, tę magię radio nadal ma. Owszem, słucham radia, ale bardzo pobieżnie – jadąc samochodem, ewentualnie rano przed wyjściem do pracy. Generalnie słucham radia bardzo wyrywkowo. To nie jest już tak, że czekam na audycje z przygotowanym do nagrywania magnetofonem. Nie ma tej ekscytacji związanej z oczekiwaniem, jakaż to płyta zostanie w programie wyemitowana. Młodzi ludzie mają dziś dostęp do internetu, dlatego nie sądzę, żeby radio było dla nich tym, czym było dla mnie lub moich równolatków. Dziś mamy dostęp do muzyki, kiedyś tego nie było – radio było oknem na muzyczny świat, a płyty były prezentowane w całości. Oczywiście, nadal mamy audycje autorskie, choćby „Rock Wiernika” w „Radiu dla Ciebie” prowadzony przez Marka Wiernika czy „Rzeźnię” w Antyradiu – Jarka Giersa i zdarza mi się tych panów słuchać. Słucham też lokalnego Radia Leliwa, bo tam pracuje moja żona Ewa i jest dużo informacji lokalnych.

O.: No właśnie miałem o to pytać – sam często słuchasz dziś radia? Przyznam się, że jedynym radiem, którego słuchałem była Trójka, jednak w dobie „dobrej zmiany” nawet ono mi zbrzydło…

W.: W zasadzie odpowiedziałem na to pytanie powyżej. Praktycznie nie słucham.

O.: No i docieramy do najnowszej pozycji – „Metalowych Wersetów”. W zasadzie jest to zbiór wszystkich Twoich wywiadów, jakie przeprowadziłeś – zarówno do Twojego ziniacza, jak i w ramach tak zwanych gościnnych występów. Skąd pomysł na takie kompendium Wojtka Lisa?

W.: To nie są wszystkie moje wywiady. Dokonywałem pewnej selekcji.

Pomysł na wydanie tych rozmów podsunął mi w 2013 roku Sebastian ‘’Semi’’ Michałowski z Evil Machine. Nie wnikając w szczegóły, rozeszło się to jednak po kościach. W każdym razie jakiś czas temu podesłałem swojemu wydawcy wywiad, jaki przeprowadziłem z muzykami Pascal. Ten, który znalazł się na płytach Pascala wydanych przez Thrashing Madness Records. Krzyśkowi z Kagry przypadł ów wywiad do gustu i to na tyle, że wydał „Metalowe Wersety”.

O.: „Metalowe Wersety” to Twoja trzecia publikacja, która ukazała się nakładem wydawnictwa Kagra. Chyba się dogadujecie, co? W zasadzie to podobnie jak i Ty, tak i poznańskie wydawnictwo jest swego rodzaju pionierem jeśli chodzi o publikacje na temat muzyki w Polsce.

W.: Tak. Nasze relacje z Krzysztofem są dobre. Trwa to w sumie już 6 lat tj. od momentu, gdy ukazało się I wydanie „Jaskini hałasu”. Grausz to rozsądny i twardo stąpający po ziemi człowiek. I faktycznie jest pionierem (ja takowym bym się nie nazywał), bo wystartował z Kagrą w 1990 roku. Były to czasy, gdy rodziły się dopiero wydawnictwa książkowe nie związane z państwowym kapitałem. Pamiętam, gdy w u schyłku padającego już PRL w księgarniach pojawiły się książeczki Kagry z tekstami utworów z płyt m.in. Janis Joplin, Deep Purple czy Metallica. Potem kupowałem w Kagrze wiele książek. Od Motley Crue po Slayerka.

O.: Czytając wywiady zawarte w „Metalowych wersetach” można ogólnie powiedzieć, iż stosunek osób odpytywanych do początków sceny metalowej i całej rzeczywistości lat osiemdziesiątych i początku lat dziewięćdziesiątych jest podzielony na zasadzie: dawniej było lepiej, bo wszystko było szczere i prawdziwe kontra dziś jest lepiej, bo wszystko jest łatwiejsze i prostsze. A jakie jest Twoje zdanie? Było lepiej u schyłku PRL i początku III RP, czy jednak lepiej jest teraz?

W.: To co urodziło się w PRL było z całą pewnością pionierskie. Wystarczy posłuchać taśm demo takich zespołów, jak Magnus, Imperator, Vader, Exorcist, Pascal, Merciless Death, Quo Vadis, Slashing Death, Scarecrow, Thrasher Death. Każdy z tych zespołów brzmiał inaczej i była w tym duża doza indywidualizmu. Po 90 roku pojawiły się oczywiście większe możliwości dla zespołów tzn. dobre studia nagraniowe z realizatorami, piękna poligrafia zastąpiła podłe ksero, a sprzęt z zachodu można było kupować do woli, a raczej w zależności od zasobu portfela. Jak miałeś kasę, to miałeś dobry sprzęt. Można było odstawić w kąt te wszystkie gitary typu Jolana czy inne Kosmosy. Pojawiło się w związku z tym bardzo dużo zespołów. Powstało więcej firm, bo obok Metal Mind mieliśmy chociażby Carnage, Baron czy Morbid Noizz. To była normalna sytuacja w wolnorynkowym kraju. Zatem obok świetnych zespołów, pojawili się też kopiści i mało ciekawi epigoni. Mnie trudno było już to wszystko w pewnym momencie ogarnąć. Zresztą, co tu kryć – sam uległem tej wolnorynkowej euforii i założyłem zespół – zaśmiecając scenę, co dziś z perspektywy czasu mogę wyznać jak na spowiedzi.

Trudno mi oceniać dzisiejszą, polską scenę metalową. A to dlatego, że przestałem ją po prostu śledzić. Mam sporo starych płyt, których słucham i głównie w tych starociach właśnie gustuję. Widzę oczywiście, że są grupy, które cieszą się duża estymą. I bardzo dobrze. Każdy czas ma swoje dobre i gorsze strony. Nie ma co generalizować.

O.: Zasadniczo Twoje nazwisko kojarzone jest ze sceną oldschoolową, z początkami polskiej sceny metalowej – kapele, które wtedy zaczynały dziś są uznawane właśnie za klasyki metalu na polskiej ziemi. A czy śledzisz obecną scenę metalową, nowe kapele? Widzisz jakieś bandy, które za dwadzieścia – trzydzieści lat mają szansę stać się „klasykami” na miarę takich bandów jak Kat, Wilczy Pająk etc?

W.: Jak mówiłem, słabo śledzę. Ale oczywiście widzę, że są zespoły, które mogą stać się takimi klasykami, o których pytasz. Może Furia, a może Mgła? Może Blaze of Perdition, a może Infernal War? To trochę jak wróżenie z fusów, ale wcale bym się nie zdziwił, gdyby te wymienione stały się klasykami.

Tak jak mówiłem – słucham głównie staroci, choć zdarza mi się zachwycić czymś nowszym, ostatnio był to rodzimy Nekkrofukk.

O.: Z tego co wiem, obecnie nie jeździsz już tak często na koncerty. Podejrzewam, że powodem jest tak zwana proza życia, czy są może jakieś inne czynniki? Na czym byłeś ostatnio? Najbliższy koncert którego nie chcesz przeoczyć – jest jakiś?

W.: Ja nigdy nie jeździłem jakoś specjalnie często na koncerty. Powiedziałbym, że bardzo mało jeździłem. Zawsze wolałem otoczyć się gazetami/zinami i w domu słuchać płyt i kaset. Proza życia nie jest przeszkodą, ani tym bardziej jakieś inne czynniki. Nikt mnie w domu nie więzi. To jest mój wybór. Czasem ktoś przyjedzie do mnie, czasem ja gdzieś wyskoczę i to mi wystarcza.

Tarnobrzeskie Stowarzyszenie „Chrońmy Zwierzęta” zorganizowało Dni Otwarte w machowskim schronisku dla bezdomnych zwierząt. To było kilka miesięcy temu. Zagrały warszawskie Fertile Hump i The Heavy Clouds. Pojawiłem się tam na chwilę, bo moje dziewczyny chciały wesprzeć karmą psy.

A i owszem. Chodzi mi po głowie Blasphemy, którzy mają zagrać na festiwalu Black Silesia.

O.: A propos – reaktywował się w zeszłym roku po kilku latach festiwal Metalmania. I cóż, jakkolwiek niechętnie szafuję słowem „kultowy” to chyba pierwsze edycje spokojnie można określić używając tego przymiotnika. Jakie są Twoje wspomnienia odnośnie tej imprezy? Nie wiem jak Ty, ale osobiście uważam, że po niewypałach jakimi byłe edycje z przełomu końca lat dziewięćdziesiątych i początku lat dwutysięcznych nareszcie na Metalmanii mamy do czynienia z metalem…

W.: Kuba, ja Ci o Metalmanii nie poopowiadam, bo jak jeździłem pod Spodek, to incydentalnie i raczej towarzysko, aby spotkać się z kolegą Piastolem. I tak się złożyło, że zespoły metalowe, które są mi bliskie i widziałem na żywo np. Slayer, Mercyful Fate & King Diamond, Bulldozer, Celtic Frost, Onslaught czy Venom, nie grały akurat na Metalmanii. W każdym razie kibicuje Metalmanii. Wiem, że w tym przedsięwzięciu od jakiegoś czasu macza palce Rafał Monastyrski z Metal Hammer. Jak tacy ludzie mają być zaangażowani w ten festiwal, to będzie tylko coraz lepiej.

O.: Nie wiem jak Ty, ale patrząc dziś na muzyków nazwijmy to „starszej daty”, właśnie twórców polskiej sceny metalowej z lat osiemdziesiątych odnoszę wrażenie, że nie wszyscy potrafią odnaleźć się w dzisiejszej rzeczywistości. Część z nich ma jakieś dziwne, roszczeniowe podejście na zasadzie – „jestem artystom, należy mi się szacunek, krytyka mojej twórczości jest niedopuszczalna”, inni traktują przysłowiową „wysługę lat dla sceny” jako wyznacznik ich nieomylności… A niestety często bywam na koncertach i częstym jest obrazek brzuszkowatego metalowca w wieku lat pięćdziesięciu, nawalonego w trzy dupy, nie interesującego się tak naprawdę niczym co ukazało się powiedzmy po tym jak skończyli dwadzieścia pięć lat… Tak jakby często brakowało im po prostu dystansu do samych siebie – myślisz, że to pozostałość jeszcze po latach gdy cały ruch / scena metalowa była jak najbardziej poważna i na serio…?

W.: Racja. Niektórzy starsi koledzy mocno się pogubili w nowej rzeczywistości. Obserwuję ostatnio festiwal żenady pod nazwą Korpus. To absolutnie marginalny z mojego punktu widzenia zespół dla sceny metalowej lat 80., ale tworzy swoją historię, jakoby był formacją wpływową i flagową wręcz w tamtych latach. Nie wiem kto im doradza, ale nie tędy droga. Ale z drugiej strony czy aż tak dużo jest rzeczywiście takich zespołów? To, że w Internecie ktoś urządza siebie „heheszki” z kogoś to jednak nie może być traktowane jako prawda objawiona. Jestem zdania, że wszyscy ci którzy są bufonami i są aroganccy, tylko na tym stracą. To kwestia czasu. Kto kupi ich płyty? Kto przyjdzie na koncert? Przepadną sami, także spokojna głowa i nie ma co bić zbyt wiele piany na ten temat. Mówię o zespole Korpus, ale weźmy Cezara z Christ Agony. Przecież jego samotne pląsy z gitarką na scenie przy akompaniamencie Casio, to było coś, co wprawiło mnie w osłupienie. Jak się okazuje nie tylko muzycy z lat 80 nie potrafią odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Dopisujemy też do tej listy grajków z lat 90., którym tak ciężko zejść ze sceny niepokonanym.

Co do brzuszka i spożycia, to nie wypowiadam się, bo mięsień piwny posiadam i ja bydlę – podlewam go regularnie.

O.: Hehe, każdy mięsień na wagę złota! Wojtek, czy istnieją jakieś kapele, które obecnie są totalnie zapomniane, a Twoim zdaniem zasługują na przypomnienie? Szczęśliwie, ostatnimi czasy mamy do czynienia z niemałą liczbą reedycji, do których rękę przykłada między innymi Leszek Wojnicz Sianożęcki, ale wciąż gdzieś tam przecież są jakieś dawno zapomniane demówki czy albumy czekające na swoją kolej… Coś szczególnego przychodzi Ci do głowy?

W.: Faktycznie sporo tych reedycji się ukazało. Ostatnio Imperator, wkrótce będzie Slashing Death i cały czas ukazują się płyty od Leszka, który wykonuje niesamowitą pracę.

Dostrzegam kilka nazw, których taśmy demo mogłyby doczekać się reedycji. W kolejce są np. Condemnation z Tarnowa („The Fall Of Lucipher”), Piekielne Wrota z Koszalina („Piekielne Wrota”), Thanatos z Elbląga („Out of Sanity”), Guardian z Białej Podlaskiej („Mind of Darkness”), Prosector ze Szczecina („Terrible Ceremonic”) czy także szczeciński Quo Vadis z demo ”MONofobia”. To pierwsze nazwy, które przychodzą mi do głowy i które potraktowałbym priorytetowo.

O.: Ok, nie będę Cię pytał o plany na przyszłość, bo wiem że dość pilnie ich strzeżesz i nie chcesz zapeszać, hehe… W związku z czym po prostu podziękuję za odpowiedzi i zapytam – czego życzyć Wojciechowi Lisowi na obecny już od kilku dni 2018 rok?

W.: Dzięki Kuba za interesujące pytania. Masz moje nieustające zaproszenie do Tarnobrzega. Tutaj też zrobisz swoje ulubione selfie. Nie obrażę się na życzenia zdrowia. Pozdrowienia dla Ciebie i czytelników tych słów.

Autor

10093 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *