Witchmaster: „Jakbym chciał pisać ambitne rzeczy, napisałbym tomik poezji…”

Kali to jest gość. Nie dość, że wraz z kompanami wysmażył taki smakowity strzał w postaci „Trücizny”, którym doprowadzam swoje uszy do krwawienia przynajmniej raz dziennie, to jeszcze na pytania odpowiedział w niecałą dobę. Ba, odpowiedzi są stonowane, przemyślane i elokwentne, wprost przeciwne więc do muzyki Witchmaster, hehe. Czy ten wywiad zmieni obiegową opinię o tej kapeli? Jak to powiedział na sam koniec mój interlokutor – się zobaczy…

Oracle: W końcu po czterech latach milczenia zainfekowaliście umysły i organizmy słuchaczy swoją „Trücizną”. Co sprawiło, że na ten wywar trzeba było czekać aż tak długo?

Kali: Właściwie po 5 latach. „Witchmaster” nagraliśmy w 2003. Trochę to trwało, złożyły sie na to przeróżne czynniki. Po pierwsze uno, musieliśmy znaleźć perkusistę, który byłby w stanie normalnie grać regularne próby i koncerty, który mógłby poświęcić swój czas dla Witchmaster i byłby gdzieś w pobliżu. Po drugie uno, przez długi czas nie miałem w ogóle ochoty niczego robić, bo nie miałem żadnych pomysłów ani energii. Jako, powiedzmy sobie szczerze, główny twórca muzyki Witchmaster (i czasem również tekstów) byłem wypalony, wyprany i wypatroszony. Po trzecie uno, każdy z nas miał jakieś lepsze rzeczy do roboty. Więc widzisz, pokonanie tych oraz kilku pomniejszych przeszkód zajęło aż tyle lub tylko tyle czasu.

O.: No to i tak dobrze, że twardzi jesteście i pokonaliście te przeciwności. Słuchając „Trücizny” dochodzę do wniosku, że wbrew temu co można by sądzić, muzykę Witchamster cechuje coś co nazwałbym na własny użytek „rozwojem regresywnym” (piękny oksymoron, co? Hehe…) – muzyka się zmienia, lecz zmiana ta przebiega raczej ku prostocie, klasyce, zawierającej sporo pierwiastków obskurnego punk rocka czy brudnego rock’n’rolla spod znaku Motörhead. Zgodzisz się ze mną?

K.: Rozwój regresywny to dobre określenie. Rozwój nie zawsze musi być skierowany na komplikowanie i urozmaicanie. Nasz styl od początku był określony jasno: brudno, prosto i bez zbędnych smuceń. Siła muzyki tkwi w jej prostocie. Nie zrozum mnie źle, prymitywizm jako strategia nie koniecznie równa się brakowi umiejętności czy pomysłów. Wbrew pozorom, my potrafimy grać i komponować muzykę bardzo różnoraką, ale właśnie w witchmasta robimy taką muzę. Chcieliśmy zrobić płytę opierającą się na podstawowych rokendrolowych motywach, i tak to wyszło, jak wyszło. Black metal w swoich korzeniach to nie jest nic innego jak obskurny szybki punk z mrocznymi tekstami. Nie jestem przekonany czy będziemy dalej zmierzać w tym kierunku, sędzę raczej że nie, jeśli w ogóle coś jeszcze nagramy.

O.: A czemuż tak pesymistycznie? Co zawsze lubiłem w muzyce Witchmaster to brudne, chaotyczne, niechlujne brzmienie. Teraz jest ono jednak brudne, niechlujne, chaotyczne, a dodatkowo… wszystko dobrze słychać, hehe…wpłynął na to fakt nagrywania poza granicami Polski, czy coś jeszcze?

K.: Możliwe, że brzmienie jest nawet zbyt czytelne, jak na nasze standardy. Może to jednak dobrze. Wpłynął na to fakt, że miksem zajął sie ktoś, kto ma o tym pojęcie, czyli Jasiek. To że nagraliśmy to w Londynie niczego nie zmienia.

O.: Tytułowy numer z „Trücizny” ma tekst w języku polskim, co jest chyba pierwszym takim przypadkiem w Waszej dyskografii. Stała za tym jakaś konkretna idea? Nie kusiło Was by nagrać cały album w języku polskim? Z drugiej strony wokale Basista w tym kawałku i tak nie są zbyt czytelne, można wyłapać jedynie poszczególne frazy, hehe…

K.: To był pierwszy kawałek Witchmaster, jaki nagraliśmy po polsku. Konkretna idea stojąca za takim rozwiązaniem to lenistwo Bastisa owocujące tym, że trzeba użyć byle, jakich nie przetłumaczonych tekstów, bo innych nie ma. Raczej nie będziemy robić całej płyty po polsku. Wokale są na tyle czytelne żeby zrozumieć, co on tam ryczy, no przynajmniej mi się wydaje, że coś tam da sie wychwycić.

O.: Coś się da. Przed wydaniem nowego krążka z zespołem pożegnał się Inferno. Ja wiem, że Zbych to Twój kumpel i tak dalej, ale abstrahując od tego, czy pomyślałeś sobie o jego odejściu na zasadzie utraty tzw „selling points” dla kapeli? Wszak Behemoth to jedna z najpopularniejszych kapel w chwili obecnej…

K.: Nie, nie pomyślałem o tym w ten sposób, bo nigdy w ten sposób nie patrzyłem na zespół. Witchmaster to autonomiczny twór, czterech panów spotyka się i gra muzykę. Nigdy nie będę w stanie zrozumieć jak ktoś może szufladkować nas jako ten zespół gości z Behemoth czy tam Vader czy tam Profanum itd. Nie dobieramy sobie muzyków na zasadzie „weźmy jego, bo to są selling points”. Naszym celem jest granie muzy, nie uzyskiwanie popularności w magazynach młodzieżowych.

O.: Wasz nowy – stary basista Reyash prócz Witchmaster molestuje również struny w Supreme Lord, Christ Agony, Vader i Incantation. Zwłaszcza dwie ostatnie ekipy sporo koncertują, nie obawiasz się więc sytuacji analogicznej do tej z Inferno, że w którymś momencie będzie musiał określić swoje priorytety powiedzmy „artystyczne” ze szkodą dla Witchmaster?

K.: Chwilowo się nie obawiam, bo chwilowo wszystko udaje się ładnie zgrać bez zgrzytów. Zdaję sobie sprawę, że Rejasz ma stertę spraw na głowie i być może kiedyś będzie (lub będziemy) musiał dokonać wyboru i liczę się z tym, że ten wybór może wypaść na niekorzyść Witchmaster. Na szczęście jednak Reyash ma brata bliźniaka (zaginionego w dzieciństwie), który zastępuje go, kiedy jest taka potrzeba.

O.: Hehe, nie ma to jak brat bliźniak. „Trücizna” to Wasz drugi album wydany dla Agonia Records. Nie miałeś oporów przed powierzeniem swojej nowej płyty ponownie Filipowi? Ostatnio o Agonii nie wszyscy wypowiadają się w samych superlatywach, czytałem też wywiad z Tobą, w którym może nie wyrażałeś się chłodno o tym labelu, ale jakoś tak bez entuzjazmu (a przynajmniej tak to odebrałem…)

K.: Wiesz, z Agonią łączą nas wspólne interesy i nie będę się tu za bardzo w to wbijał. Są wokół nas osoby, które nie uważają Agonii za zajlepszą wytwórnię świata, ale ja w tej chwili nie włączam sie do tej dyskusji.

O.: Dyplomata, hehe. Ostatnio nawiedziliście Polskę z minitrasą, ja miałem przyjemność obserwować Wasz gig w Rzeszowie. Pokusiłbyś się o jakieś krótkie podsumowanie, streszczenie tej trasy? Wszystkie Wasze koncerty kończyły się lądowaniem Reyasha na zestawie perkusyjnym, hehe?

K.: Reyash, ów sławny Reyash – najlepszy basista świata, tak się napierdolił, że grał leżąc na scenie. To wszystko prawda i są na to dowody w postaci nagrań audiowizualnych. Nie jest to jednak coś aż tak niespotykanego w naszym gronie. Staramy się jednak nie grać na najebce. Cała trasa była udana. Nie jestem wielkim miłośnikiem grania na żywo, ale raz na jakiś czas się dam namówić.

O.: I chwałą Ci za to. Wspomniany gig w Rzeszowie dla mnie charakteryzował się mega dziką i spontaniczną agresją, którą moglibyście obdzielić spokojnie kilkanaście zespołów. Wynika to z małej liczby koncertów, jakie gracie, w związku z czym nie pożera Was rutyna, czy wpływa na to jeszcze coś? Ja sobie nie wyobrażam Waszej muzyki odgywanej jak jakieś emo-pindy…

K.: Fakt, nie gramy za dużo, więc nie mamy kiedy wpaść w rutynę. Więc jak już gdzieś pojedziemy to zawsze jest masakra. Szczególnie jak się gra z takimi charakterami jak Bastis. Jak zaczniemy grać jak emo pindy to znak, że czas pójść na emeryturę.

O.: Ale nie musisz udawać życia na emeryturze, hehe. Z innej beczki. Pamiętam, że gdy ukazywał się Wasz debiutancki krążek „Violence & Blasphemy” to oficjalna prasa, a przynajmniej jej spora część, pisała, że fajnie gracie, ale jakoś tak prostacko, a teksty i image macie infantylny. Za nimi zaś powtarzała to część fanów. Dziś w większości ci sami ludzie zachwycają się Witchmaster, określają Was jako ojców chrzestnych oldskula na polskich ziemiach i tak dalej i tak dalej. Jak myślisz, z czego to wynika? Nie wkurwia Was taka postawa, lekko mówiąc pełna hipokryzji – słucham ich, bo w dobrym tonie jest znać „Fuck Off And Die”?

K.: To wszystko prawda. Gramy fajnie i prostacko, a image i teksty mamy infantylne. Jednak ten prymitywizm i infantylność to świadomy i szczery wybór. Wielu ludzi zdaje się tego nie dostrzegać. To świadome nawiązanie do starych nagrań Hellhammer, Sodom i Sarcofago, które nie oszukujmy się, są do cna prymitywne i infantylne, a jednocześnie zionie z nich pewna autentyczna wściekła energia. Jakbym chciał pisać ambitne rzeczy, napisałbym tomik poezji konkretnej albo habilitację. Prawdą jest też, że początkowo nikt nie wiedział, jak takiego gniota jak Witchmaster ugryźć, bo kapel o podobnej stylistyce nie było za wiele, z wyjątkiem Hell-Born chyba. Na szczęście nasza prymitywna i infantylna arogancja przebiła się do serc recenzentów. Hahaha. Dziś, już nas nic nie wkurwia. No prawie nic. Wiadomo, owce będą podążać za stadem.

O.: Dobrze powiedziane. Lubisz osobiście określenie „kultowe”? Co sam Kali otacza kultem, o ile w ogóle coś?

K.: Lubię określenie „kultowy” w odniesieniu do zespołów, które naprawdę na ten termin zasłużyły. Nie sądzę (mówię to przez wrodzoną skromność) aby Witchmaster zasłużył na takie określenie, choć wiem, że wiele osób tak nas postrzega, co oczywiście jest jakimś komplementem (mówię to przez wrodzoną próżność) Dla mnie nie ma zbyt wielu kultowych rzeczy, właściwie już nie. Uznaję raczej mało autorytetów, a częstokroć odkrycie prawdy o „kultowym” zjawisku jest rozczarowujące, więc nauczyłem się podchodzić do legend z rezerwą. Mówie tu nie tylko o muzyce, ale o każdej dziedzinie życia.

O.: Czytając wywiady z kapelami grającymi oldskulowo, hołdującym klasycznemu image’owi, czasem odnoszę wrażenie, że albo dziennikarze traktują muzyków z tych zespołów jako półgłówków, ochlajtusów i chamów z założenia, tylko dlatego, iż grają i wyglądają tak a nie inaczej, albo też na siłę próbują odbywać rozmowę o pierdołach na zasadzie „ileście to wypili ostatnio, coście rozjebali” i tak dalej. Masz czasem wrażenie, że jesteś właśnie w taki sposób traktowany przez rozmówcę?

K.: Czasami tak, z powodu, o którym wspomniałem wyżej, czyli braku rezerwy do wyidealizowanego wizerunku np. kapeli. Wiadomo, że w Witchmaster nie zajmujemy się wyłącznie chlaniem, ćpaniem i łamaniem kości, ale z jakiegoś powodu niektórzy chcą nas tak postrzegać. Zadają mi pytania o dziwki i demolki w hotelach, a np podczas wywiadu dotyczącego Profanum pytają np o sens istnienia jednostki w bezkresie wszechświata, choć przecież jestem tą samą osobą i w rezultacie dokonują nieświadomej manipulacji czytelnikiem. Nie mam wrażenia, że jestem traktowany jak debil, ale czasami czuję, że popada się w zbytnie uproszczenia. Inną sprawą jest to ze część kapel to faktycznie półgłówki chamy i ochlejusy.

O.: Jak to dobrze z kimś mądrym pogadać…Podoba mi się Wasza strona internetowa. Prosta, bez żadnych ozdobników. Tak jak muzyka. Taki był plan, czy nie chciało się Wam dumać nad niczym bardziej skomplikowanym? Jak dużą wagę przywiązujecie w ogóle do promocji Witchmaster w internecie? Chyba, że dla Witchmaster internet mógłby w ogóle nie istnieć, a stronka i majspejs to jedynie przykra konieczność?

K.: Dla mnie stronka w ogóle mogłaby nie istnieć. Uaktualniamy ją raczej rzadko. Promocja nie jest naszą silną stroną.

O.: Lekko rzecz ujmując. Większość składu mieszka w Wielkiej Brytanii, spotykacie się w związku z tym z określaniem Witchmaster jako kapeli angielskiej? Na takiej samej zasadzie na przykład mówi się o Nebiros jako Niemcach i kilka innych przykładów też by się znalazło…

K.: Nie, nikt nie określa nas jako kapeli angielskiej, to byłaby już lekka przesada.

O.: A czy czujecie się z Witchmaster częścią podziemnej sceny metalowej? Wiesz, ilekroć czytam wywiady z różnymi zespołami, to bardzo często pada tam stwierdzenie, że scena ich nie interesuje, nie są jej częścią i takie tam bzdety. Zastanawiam się wówczas po co w takim razie odpowiadają na wywiady, nagrywają płyty dla wytwórni, ewentualnie grają koncerty? Jakie jest Twoje zdanie na ten temat?

K.: Szczerze, nie interesuje mnie za bardzo „scena”, kiedyś siedziałem w tym klimacie dość ostro, ale ostatnio jakoś mnie to omija. Nie znam nazw nowych kapel, nie wiem jakie są nowe ziny. Mój mózg nie przyjmuje już tego typu informacji.

O.: Wiem, że to wywiad raczej na temat Witchmaster, ale muszę zapytać – będzie co jeszcze z Profanum???

K.: Nie.

O.: Szkoda. Jako, że dotknęliśmy tematu przyszłości – wyobrażasz sobie, że będziesz ciągnął dalej ten wózek z napisem Witchmaster gdy będziesz miał tyle lat co przykładowo Lemmy? Jak myślisz, kiedy jest ten moment w którym trzeba powiedzieć sobie dość? Chyba, że hasło „Never Stop The Madness” obliguje do śmiertelnego zejścia na scenie?

K.: Jak będę miał tyle lat co Lemmy, jest to bardzo wątpliwe. Hasło „Never Stop The Madness” nie obliguje do spędzenia całego życia na scenie, gdyż można kontynuować to madness z powodzeniem, bez konieczności grania w zespole. My jesteśmy już panami po trzydziestce, żony dzieci itp, więc wydawałoby się, że czas zmądrzeć, zapuścić wąsa i zasiąść w fotelu, ale jakoś się nie da. Zobaczymy jak długo, ale sądzę, że jeszcze parę lat damy rade.

O.: Musowo. Który napis wolałbyś na swoim nagrobku: „Never Stop The Madness” czy „Fuck Off & Die”? A może jeszcze coś innego?

K.: Nie interesuje mnie to, po mojej śmierci będzie mi już wszystko raczej obojętne.

O.: Dobrze, pewnie już Cię zanudziłem, więc kończymy. Mam nadzieję jednak, że na nowy krążek nie trzeba będzie czekać kolejnych czterech lat?

K.: Się zobaczy.


P.S.: Za fotki dziękuję Czarnej666!

Autor

10998 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *