Nie ma to jak rozmowa z inteligentnym człowiekiem, który podchodzi z dystansem do tego co robi, ale i z pełnym zaangażowaniem. Bez pieprzenia farmazonów, ot rzeczowa pogaducha z gościem, który zna się na rzeczy i potrafi odpowiedzieć bez kompromitacji na niewygodne pytania. Jeśli chcecie przykładu, to zapraszam do wywiadu z Miłoszem – basistą i wokalistą szczecińskiego Wishmaster. A za kompetentne i szerokie odpowiedzi ma on u mnie sześciopak, hehe…

Oracle: Witam! Pierwsze pytanie to już klasyk: cóż to za twór ten Wasz Wishmaster?

Miłosz: Hell!!! Wishmaster to młodzieżowa grupa instrumentalno-wokalna parająca się podrywaniem młodych zakonnic i starszych pań koczujących pod zakrystią. Przesadziłem, może już nie młodzieżowa, ale nadal niezwykle jurna z nas grupa, hahaha. A tak poważnie to jesteśmy czterema kolesiami, którzy zamierzają napieprzać Metal póki starczy nam sił, zapału i środków. Kierujemy się kilkoma zasadami, które pozwolę sobie przytoczyć: muzykę graj głośno, słuchaj jeszcze głośniej, pij na umór i pluj na krzyż [redakcja Chaos Vault wspiera te szczytne zasady – przyp. Oracle]. Naturalnie naszej działalności przyświeca wyższa idea, którą staramy się realizować z każdym kolejnym kawałkiem muzyki. Do tego staramy się brzmieć jak najlepiej, oczywiście w ramach przyjętej konwencji. Ponadto miła jest myśl, że zarażamy swoją twórczością kilka niepokornych dusz. W każdym razie Wishmaster jest dla nas niezmiernie istotnym elementem codzienności.

O.: Ok., na dzień dobry pozwól, że przypieprzę się do Waszej nazwy. Co z tego, iż zapieracie się, że szyld Wishmaster zaczerpnęliście z horroru, skoro 99,9% metaluchów (w tym i ja) od razu skojarzą to z płytą grającego BM (business metal, hehe) Nightwish?

M.: Dobre pytanie. Z serii takich, które mogą pogrążyć rozmówcę, haha. Ja jednak postaram się z niego wybrnąć i zaspokoić ciekawość Twoją i wszystkich, którzy natkną się na naszą rozmowę. Spójrz na to w ten sposób. Dziwne, że nawet prawdziwi ortodoksi, którzy zapewniają, że w poważaniu mają wspomniane, fińskie cioty znają lub choćby kojarzą ich dyskografię na tyle by znać płytę „Wishmaster”. Skąd niby w ogóle wiedzą o istnieniu takiej pozycji? Myślałem, że metalowi wojownicy nie czytają gazet, w których ta kapela się promuje, nie docierają do takiej muzyki. Może po prostu z tajniaka, wraz ze swoimi niewiastami, zasłuchują się w podobnych klimatach? A wydawać by się mogło, że słuchacze ostrej muzy niejako naturalnie pławią się we wszystkim, co mroczne, w filmach grozy, książkach o podobnej tematyce. Może jednak się mylę? Jeśli kogoś choć trochę pociągają obrazy, w których maczają palce Wes Craven, Robert Kurzman, George Romero, Lucio Fulci czy nawet John Carpenter, to nie ma bata, musiał słyszeć o serii „Wishmaster”. Inna sprawa, że seria ta jest wyjątkowo przewidywalna w gatunku, który reprezentuje, by nie powiedzieć kiczowata. Ale przecież twórczość większości naszych ulubionych kapel opiera się na podobnej konwencji, a więc demonach, trupach, duchach i tak dalej. Z drugiej strony nasza nazwa jednak intryguje, prawda? Przecież o nią właśnie pytasz, haha. Gdy natkniesz się na jakiś nasz materiał i rzucisz okiem na nazwę to owszem, możesz pomyśleć, że inspirujemy się twórczością kapel mdłych i wykastrowanych z agresywnego brzmienia. Jednak, gdy spojrzysz na okładkę, logo, wszelkie dodatkowe symbole i tak dalej, to stwierdzisz, że chyba jednak coś pokręciłeś. Posłuchasz nas i wszystko staje się jasne. Kończąc moje pokrętne wyjaśnienia dodam, że pomysł na naszą kapelę powstał nim ktokolwiek słyszał o Nightwish. Nieważne. Mimo głosów jakoby nasz szyld był dla nas nieodpowiedni, my się nie ugniemy, bo jest nam z tą nazwą dobrze i nic w tej kwestii zmieniać nie zamierzamy. Ponadto, kogo tak naprawdę obchodzi nazwa? Powiem Ci, że ja znam co najmniej kilka mniej odpowiednich, hahaha…

O.: Wyjaśnienie przyjęte do wiadomości. Mogę się jeszcze poprzypieprzać? Pliss, hehe… Chodzi mnie o logo. Sorry Miłosz, ale jak dla mnie trąci ono amatorką, a Wy jak uważacie? Zmienicie je na debiucie?

M.: Nie ma sprawy. Trudne pytania są jak najbardziej na miejscu. Zawsze mogą uświadomić nam, że nasze działania są odbierane zupełnie inaczej niż zakładaliśmy. Mnie się wydawało, że nasze logo jest w porządku. Według mnie nic mu nie brakuje, jest czytelne, proste i symetryczne, a takie właśnie najlepiej się sprawdzają w stylu, którego jesteśmy przedstawicielem. Kilku osobom się podobało, zatem nie myśleliśmy o zmianach. Chociaż ktoś przed Tobą już wcześniej stwierdził, że wolałby na naszych wydawnictwach widzieć inne. Do tego, ostatnio słyszałem, że mógłby nam w tym temacie pomóc człowiek znany w branży i stworzyć nowe logo, ale myślę, że nie skorzystamy z propozycji, gdyż projekty wspomnianego twórcy niezbyt nam odpowiadają, a zmieniać logo tylko po to by jego nazwisko pojawiło się w kontekście naszej kapeli, byłoby nieuczciwe [zdrowe podejście, brawo ten pan! – przyp. Oracle]. W każdym razie zanotuję w pamięci Twoje spostrzeżenia, przekażę je reszcie chłopaków i może wrócimy do tematu przed wydaniem pełnej płyty. Odbiegając nieco od tematu to powiem Ci, że powoli się ona wykluwa. Może inaczej, tworzymy nowe numery, które przymierzane są jako te, które potencjalnie mogą się pojawić na pełnym materiale. W międzyczasie jednak pragniemy wydać nasze ostatnie nagrania, które zarejestrowaliśmy w maju bieżącego roku. Ponownie zawitaliśmy do Metal Sound Studio w efekcie czego mamy nagrany nasz własny kawałek zatytułowany „Mark of the Beast” oraz kompozycję z repertuaru Ophthalamii, a mianowicie „Dominion”. Moim zdaniem oba numery wypadły bardzo dobrze.

O.: Dzięki za newsy, hehe. Na szczęście do grania przypierzyć się za bardzo nie mogę. Bo kurna, podoba mi się „Hunting The Man”. I sądząc po recenzjach innym również, co?

M.: Cieszę się, że nie muszę dalej zmagać się z Twoimi obiekcjami, ale niepokoi mnie stwierdzenie „nie za bardzo”. Co to ma znaczyć? Albo jesteś naszym wyznawcą, albo jak to się mówi „klaszczesz u Rubika”, hahaha [a pewno – jedną ręką, a moja mama ubiera się w Castoramie, hehe – przyp. Oracle]. Masz jednak rację. „Hunting the Man” świetnie spełnił swoje zadanie. Nie dość, że został dobrze przyjęty wśród recenzentów i słuchaczy, to zapewnił nam możliwość zaprezentowania się na tłoczonej płycie CD. Najistotniejsze jednak, że wszyscy, którzy zetknęli się z naszym debiutanckim materiałem „Dance of the Hanged Man” upewnili się w przekonaniu, że warto było nam zaufać i zdobyć kolejne nagrania. Mam nadzieję, że nasza twórczość stanowi dla nich uzupełnienie propozycji sceny oficjalnej. Wiem także od kilku osób, że „Huntig the Man” wymagał od nich większego skupienia i zaangażowania podczas słuchania, ponieważ to materiał nieco trudniejszy w odbiorze od poprzednika. Teoretycznie gramy klasyczny metal, ale staramy się aranżować kawałki w ten sposób by nie brzmiały banalnie, z drugiej strony by nie nudziły. Do tego chcemy jak najdoskonalej oddać klimat, którym powinny cechować się utwory, w których teksty odgrywają dość istotną rolę, bo niekiedy ogólny ich zamysł powstał na długo przed muzyką. Stąd też dodatkowe atrakcje w tych kawałkach. Choćby jęczenie niewiast czy odgłosy burzy. Jeśli ktoś posiada naszą płytę w oryginale to zachęcam do zapoznania się z lirykami, a następnie chłonięcia ich wespół z muzyką. Według mnie wszystkie elementy w niej zawarte znacznie zyskują, gdy odbierane są jako dźwiękowa ilustracja słów. Wracając jednak do tematu dodam, że dotychczasowe recenzje były bardzo pozytywne, podobała się muzyka, niektóre zagrywki, harmonie, solówki, a nas pozytywny odbiór naszej twórczości bardzo cieszy, hahaha.

O.: Wcale się nie dziwię. No to przejdźmy do muzyki. Określacie ją jako Hellish Raw Metal. Ech, trafiliście na malkontenta, bo mam uczulenie na wszelkie wydumane nazwy. Czy może być: tradycyjny heavy metal w stylu Mercyful Fate czy wczesnego Running Wild, z wpływami Dissection czy Soulreaper?

M.: Za tą, jak to nazwałeś, wydumaną nazwą kryje się pewien plan, a mianowicie chęć w miarę dokładnego opisania naszej działalności. Nie tylko muzyki i naszych przekonań, a całego podejścia do materii zwanej oględnie Metalem. Gdybyśmy napisali po prostu, że gramy Heavy Metal to obawiam się, że niewielu dzisiaj skojarzyłoby taki opis z zacnymi zespołami, które wspomniałeś w pytaniu. Owszem, dla osób siedzących dłużej w ostrych dźwiękach hasło Heavy Metal jest tożsame z płytami Mercyful Fate, Judas Priest, Accept, Grave Digger. I są to jak najbardziej prawidłowe skojarzenia. Ale zauważ, że wiele osób ze wspomnianym pojęciem kojarzy koszmarki w stylu Rhapsody, Nightwish właśnie i inne takie bzdety. Dlatego też zdecydowaliśmy się na przymiotnik „surowy”, bo przecież muzyka przywołanych na wstępie zespołów taką kiedyś się jawiła i tak była określana, prawda? Natomiast „hellish” określa ostrzejsze wpływy w naszej muzyce i definiuje niejako nasze podejście do życia. Ministrantami nie jesteśmy, nie sympatyzujemy z żadnym wikarym czy innym proboszczem, nie uczestniczymy w nieszporach ani spotkaniach oazowych z siostrą Klementyną grającą na pudle, żaden z nas nie utożsamia się z Bozią i jej dziecięciem. Dlatego uważamy, że rzeczone słowa nieźle oddają klimat, z którym możesz się zetknąć słuchając naszej płyty, przychodząc na nasz koncert czy po prostu żłopiąc z nami alkohol. Wracając do muzyki… Wspomniałeś Dissection i trafiłeś, bo to wspaniała kapela [ha! – przyp. Oracle]. Dodałbym jeszcze Rotting Christ, hahaha. Soulreaper znam, ale ich twórczość mnie nie interesuje.

O.: A propos Mercyful Fate – nie powiesz mi, że otwierającego riffu nie zapożyczyliście z „The Curse Of The Pharaos”…

M.: Dobry trop, ale motyw ten wyszedł jakoś tak przypadkiem. Riff, o którym wspomniałeś otwiera numer nazwany „Chronicles of Sin”. Podczas jednej z zakrapianych prób odgrywaliśmy pomysły, które każdy z nas układał w samotności. Mieliśmy kilka niezłych dźwięków, ale brakowało nam jakiegoś charakterystycznego początku. Nagle nasz gitarzysta Hellcult zaczął grać wspomniany motyw. Tak się złożyło, że riff ten zdawał się być świetnym ukoronowaniem całego utworu. Na kolejnej próbie odegraliśmy całość ponownie i tak już zostało. Jak się później okazało podobna artykulacja pojawia się także w kawałku „Two Minutes to Midnight” Iron Maiden oraz w „…….” Bewitched. Zatem widzisz, takie patenty ogrywają grupy parające się klasycznym Metalem, hahaha. Inna sprawa, że zagrywka ta faktycznie przypomina też przywołany Mercyful Fate, ale oni są najlepsi. Mercyful Fate stworzył Wishmaster na swoje podobieństwo, hahaha…

O.: A słowo ciałem się stało, hehe. Wśród swoich ulubionych kapel wymieniacie jednak też takie, których echa w Waszej twórczości nie słychać w ogóle, np. Destroyer 666. A wyobrażasz sobie taką sytuację, że gracie muzykę, której na co dzień w ogóle nie słuchacie? Mimo, że rzadko, to jednak takie przypadki się zdarzają…

M.: Masz rację, niekiedy zdarza się, że zespół gra muzykę zupełnie inną od tej, którą wielbi lub która stanowi dla niego źródło inspiracji. Wydaje mi się, że taka sytuacja jest w porządku, ale jedynie w przypadku, gdy dźwięki wychodzą spod palców naturalnie. W przeciwnym razie coś jest nie tak. Nie mogę się jednak odnieść do konkretnych nazw, ponieważ nie znam osobiście nikogo, kto by prezentował diametralnie inne granie od tego, którym się raczy w wolnych chwilach. Swego czasu mówiło się, że Schuldiner słucha niewiele Death Metalu, że panowie z Dismember wolą Glam Rock. I w sumie może to była prawda? Nawet by mnie to nie dziwiło. Kolesie mieli już trochę lat na karku i ciężko by wzorowali się na nowych grupach. Myślę, że ich fascynacje to klasyczne zespoły, ale mieszczące się w ramach gatunku. Nie widzę w tym nic złego. Przecież każdy z nas niekiedy wybiega poza ostrą jazdę. Sam przyłapuję się niekiedy na słuchaniu różnych stylistycznie kapel, od miazgi do kołysanek… od Cockera do Mozarta, hahaha. Biorąc pod uwagę pierwszą część Twojego pytania to powiem Ci jak to widzę. Nie chcę by zabrzmiało to nonszalancko, ale my gramy muzykę, jakiej nam wciąż brakuje na scenie. Polska scena wydaje się nieco „czarno-biała”. Chodzi mi o to, że masę kapel można jednoznacznie sklasyfikować. Coś na zasadzie „jesteś z Polski to pewnie grasz Death lub Black Metal”. Nie mam oczywiście nic przeciwko takim grupom, takiemu podejściu do tematu czy takiej klasyfikacji. Jednak my łączymy kilka różnych stylistyk, ale nie po to by się wyróżnić. Po prostu szukamy najodpowiedniejszych środków wyrazu dla emocji, które chcemy uzewnętrznić i przekazać dalej. Tak to postrzegamy i czujemy. Nie ma znaczenia czy dana zagrywka gitary czy garów pasuje do przyjętej konwencji, bo tej po prostu staramy się sobie nie narzucać. Zresztą nigdy nie zastanawialiśmy się czy dany motyw pasuje do naszej stylistyki, czy nie. Po prostu go graliśmy. Nie oznacza to, że na kolejnych materiałach będziemy łupać wesołego Punk Rocka lub plumkać mroczny Ambient. Nadal będziemy się poruszać w klimatach znanych z naszych dotychczasowych nagrań. Jednak to my ustalamy zasady, na jakich opiera się nasza twórczość, jakkolwiek egoistycznie by to nie brzmiało. Słuchamy przecież przeróżnych kapel, w których gronie oczywiście dominują te grające Metal. W ogóle można stwierdzić, że ostre granie stanowi dziewięćdziesiąt dziewięć procent naszych zainteresowań.

O.: I wsio jasne. Macie na koncie demo oraz epkę. Widzisz różnicę między tymi dwoma wydawnictwami?

M.: Widzę różnicę. Wiesz, jako gość, który współtworzył numery zawarte na obu wydawnictwach mogę powiedzieć, że widzę nawet kilka elementów, które odróżniają oba materiały. Może nie dostrzegam jakiejś ogromnej przepaści, ale wiem, że główne różnice dostrzec można w strukturze samych kompozycji oraz ich klimacie. Kawałki z „Dance of the Hanged Man” to numery z lat 2002-2004. Są jakby bardziej żywiołowe, nieokiełznane. Powstawały w innym czasie i reprezentować miały nieco inne podejście do grania. Były jakby łagodniejsze i „jaśniejsze”. Natomiast szlagiery z „Hunting the Man” to bardziej ponura i mroczna muzyka opatrzona nieco dusznym i przymulonym brzmieniem. Utwory z demo stworzone były w głównej mierze przez Damiana i mnie, a większość tych z EP’ki zrobiłem wespół z Hellcultem. Zresztą to nie ma większego znaczenia, bo nasze wszystkie kawałki spina bardzo istotna cecha, a mianowicie melodyjność. Uważamy, że bez melodii muzyka nie istnieje. Następna różnica dotyczy wspomnianego już brzmienia obu materiałów. Myślę, że to akurat słychać na pierwszy rzut ucha. Koleś, który odpowiadał za mastering „Dance…” lekko przesadził, w efekcie czego otrzymaliśmy dźwięk zbyt przesterowany. Brzmienie „Hunting…” to z kolei sprawka Wojtka z Monastery. To świetny fachowiec i wspaniały kompan. Zresztą poczekaj, aż usłyszysz nasz kolejny atak nagrany w jego studio. Mówię Ci, moc!

O.: Trzymam za słowo! Podoba mi się produkcja „Hunting The Man”. Myślę, że jesteście zadowoleni z pracy Wojciecha Cejnaka? Aż nawet gościnne solo daliście mu zagrać, czyż nie?

M.: Zacznę może od drugiej części pytania. Pomysł by Wojtek zagrał to solo powstał zupełnie spontanicznie. Łupaliśmy w najlepsze nasze numery, nagraliśmy je i odsłuchiwaliśmy akurat „Conquest of the Plague”, podczas gdy on stwierdził, że to niezły, prawie thrash metalowy numer, sięgnął po wiosło i pierdyknął solówkę właśnie w momencie, w którym ją można usłyszeć. I tak już zostało, bo było to wyjątkowo udane podejście, hahaha. Natomiast na pierwszą część pytania odpowiedziałem poniekąd w poprzednim. Ale rozwinę temat. Wojtek świetnie wyczuł naszą muzykę. Może wpływ na taki stan rzeczy ma jego gra w Monastery, któremu znacznie bliżej do naszej muzyki niż do innych kapel, które nagrywa. Oczywiście wyłączając Bloodthirst. Ogólnie brzmienie materiałów, które opuszczają jego studio bardzo mi odpowiada. Ten gość nagrał wiele znaczących płyt, by wspomnieć Witchmaster, Union, Bloodthirst czy Ebola. Jesteśmy bardzo zadowoleni z jego pracy. Jego wkład był nieoceniony, dlatego też nadal zamierzamy korzystać z jego usług, pomocy, rad… i gościnności, hahaha. Nagrywając u niego czuliśmy się niezwykle komfortowo. Godziny poranne i popołudniowe przeznaczone były na nagrania, a wieczorne na spożycie płynów i pieczonego na grillu mięsa. W sumie dobrze, że nagrywaliśmy „Hunting…” na raty, bo dłuższa wizyta u niego skończyłaby się pewnie poważnym zatruciem alkoholowym, hahaha. Sam zapewne wiesz, jak kusząca jest wizja spicia się w imię Diabła i Metalu, bo „Prawda to Metal i Piekło”!!!

O.: No ba, toż to prawie, że sens życia, hehe! Ale wracając do tematu -podoba mi się okładka „Hunting The Man”, bo jest inna niż reszta tych strasznych diabłów, co to mają straszyć metaluszków po nocach, hehe. Poza tym ten Wasz wygląda jakby przed kimś spieprzał, hehe… Powiesz nam coś o tym front – coverze?

M.: Pewnie, że jest inna. Miło, że się nią zainteresowałeś, bo ja uważam obrazy zdobiące okładki za istotny element każdego wydawnictwa. Naszą okładkę wydrapałem z reprodukcji starego drzeworytu stworzonego w 1977 roku przez Rajmunda Lewandowskiego. Nawiasem mówiąc 1977 to mój ulubiony rok, zgadnij czemu, hahaha [a co można wygrać? – przyp. Oracle]. Wracamy jednak do okładki. Stanowi ona fragment dzieła zatytułowanego „Diabeł i rybak”. Tobie wydaje się, że Diabeł spieprza, a mnie odwrotnie, że zaczaja się na czyjąś duszę. Stąd tytuł „Polując na człowieka”. W każdym razie bardzo mi się podoba technika, w jakiej został wykonany jego wizerunek. Do tego przywodzi on na myśl stare legendy i baśnie, którymi straszono dzieci, a więc jest on uosobieniem czegoś w rodzaju pierwotnego lęku. Staramy się by nasze okładki przyciągały uwagę i zmuszały do zastanowienia się nad jej sensem. Cieszy mnie, że cel ten osiągnęliśmy, bo masz swoje własne przemyślenia na jej temat. W którejś recenzji też pisano o niej pozytywnie. Miło jest wiedzieć, że jest jeszcze kilku maniaków, którzy oddają się pasji śledzenia frontów okładek płyt, które goszczą w ich odtwarzaczach [niektórzy to robią tylko to, lejąc na muzykę, hehe – przyp. Oracle]. To dla nas niezwykle ważne, bo obok muzyki i słów, okładka stanowi dopełnienie przekazu.

O.: No to tak jak i dla mnie. W notce promocyjnej wymieniacie kapele, z którymi dane Wam było dzielić scenę. Który koncert był Waszym zdaniem najlepszy, a który mógłby się jednak nie odbyć w ogóle?

M.: Każdy z tych, które zagraliśmy był w porządku przynajmniej z jednego względu. Wspólne biesiadowanie z opilcami z Bloodthirst, Empheris, Anima Damnata, czy Warfist to świetne przeżycie. Do tego gralismy wespół z Suffocation, Infernal War, Quo Vadis. Wszystkie z tych kapel okazały się mieć prawidłowy stosunek do rzeczywistości, to znaczy zero gwiazdorstwa. Natomiast jeśli chodzi o publiczność i zabawę to nie możemy narzekać. Świetnie się nam gra w rodzimym Szczecinie, wspaniałe przyjęcie mieliśmy w Ostrowie Wielkopolskim i Warszawie. Raz tylko wydarzyła się mała wpadka. W Nakle nad Notecią. Wyszliśmy nieźle nagrzani, bo klub okazał się podupadłą salą kinową bez ogrzewania, gdzie dobre nagłośnienie to abstrakcja, do tego z zimna rozstrajały się nam wiosła. Może nikt tego nie zauważył, bo i zebrani byli jacyś dziwni. Większość stanowiły młode dziewczęta w koszulkach Nirwany bujające się w rytm muzyki zarówno podczas naszego gigu, Monastery, Hellfist i Bestiar, hahaha… [kurwa, jakbym był na koncercie w moim rodzinnym mieście – przyp. Oracle] Pod względem prestiżu na pewno wyróżniłbym koncert z Suffocation, bo obaj wiemy co ta kapela znaczy dla Metalu. Ale wolę grać z zaprzyjaźnionymi kapelami, a za takie uważam kilka z tych wymienionych na wstępie mojej wypowiedzi.

O.: Oficjalnie „Hunting The Man” ukazało się nakładem młodziutkiej Brewery Distro. Jakie macie życzenia i nadzieje względem promocji? Śmiało, Arek przeczyta i weźmie sobie do serca, hehe…

M.: Nie będzie przesady w tym jak powiem, że bardzo podoba mi się to co Arek dotychczas dla nas zrobił. Najważniejszym wydaje się fakt, że nam zaufał. Pierwotnie zamierzał wydać nasze debiutanckie demo jako split z malezyjskim Nightshaders, ale kiedy wspomniałem, że mamy już kolejny materiał to postanowił wytłoczyć go na CD. Minęły raptem dwa miesiące od dnia kiedy wysłałem mu materiał i okładki, a po chwili już ściskałem w łapach gotową EP’kę. Arek do dnia dzisiejszego przesyła mi „raporty”, gdzie dostępny jest „Hunting the Man”. Dotarł do Malezji i tamtejszego Metal Zone Distro, do hiszpańskiego Black Seed Productions i Hecatombe Records, do słowackiego Metal Age, Akne Productions i Sonic Temple, czeskiego Zero Budget Productions, Deus Mortus z USA, Terror Blast z Macedonii. W Polsce możesz znaleźć nasze nagrania w Old Temple, Let Them Come, Atmospheric, niebawem mają się pojawić w Pagan Records. Ale jego niespożyte siły i zapał pozwalają mu drążyć nowe tematy. Załatwił reklamy w kilku popularnych zinach, papierowych i internetowych. Wiem, że planuje wydrukować przygotowaną przeze mnie notkę biograficzną. W każdym razie jesteśmy niezwykle zadowoleni z jego pomocy przy rozprzestrzenianiu naszej dźwiękowej zarazy. My ze swojej strony też staramy się robić wszystko, co w naszej mocy by nasza nazwa dotarła do słuchaczy. Myślę, że wspólnymi siłami możemy jeszcze wiele zdziałać. To jest w tym wszystkim najciekawsze, że nie mając ogromnych nakładów finansowych udało nam się jakoś zaznaczyć naszą obecność na scenie. Mam nadzieję, że Arek również jest zadowolony, że zdecydował się na wydanie naszego materiału pod banderą Brewery Distro.

O.: A trudno jest w ogóle takiej młodej kapeli jak Wishmaster znaleźć wydawcę? Jakie są głównie bariery?

M.: W mordę, nie wiem? Mogę się jedynie domyślać. Gdybym znał te bariery to może byśmy nagrywali dla jakiejś znanej wytwórni, ale to raczej mało prawdopodobne, bo szczególnie nam na tym nie zależy. Co z tego, ze wydasz płytę w większej wytwórni? Czy to zmieni Twoją muzykę i podejście? Jeśli tak, to nie warto zabiegać o dużego wydawcę. Inna sprawa… Przypuszczam, że większe wytwórnie mają w dupie kapele działające w Podziemiu. Nie tylko te młode. Istnieje masa kapel, których nagrania w niczym nie ustępują tym znanym z oficjalnych wydawnictw, a niejednokrotnie je przewyższają. Jestem zdania, że każdy znajdzie swoje miejsce na scenie. Najważniejsze to nadal tworzyć bez większych ciśnień i skrępowania. Reszta nie jest aż tak istotna. Jeśli masz wydawcę to świetnie, ale tak czy inaczej nadal będziesz tworzył. Przynajmniej ja tak to widzę.

O.: I znów widzimy podobnie, jeszcze ludzie plotkować zaczną, hehe. Nazwa Wishmaster, jak już wspominaliśmy została wzięta od horroru. Czy to Wasz ulubiony film z tego gatunku? Nie sądzisz, że w tym gatunku od dobrych kilku lat nic się nie dzieje? Ostatnia świeża fala to chyba kino azjatyckie, prawda?

M.: Nie, Wishmaster nie należy do szczególnych czy naszych ulubionych obrazów. Po prostu ten film mi się podobał, a kapela powstała mniej więcej w latach, w których pojawił się on w wypożyczalniach kaset wideo. Nie dorównuje on klasykom pokroju „Omen”, „Egzorcysta”, „Halloween”, „Piątek trzynastego”, „Warning”, „Teksańska masakra piłą mechaniczną”, „Mgła”, „Evil Dead” czy całej serii o żywych trupach, nakręconej przez Georga Romero. Musielibyśmy kiedyś usiąść i spokojnie pogadać na temat horrorów, ale rozmowa zajęłaby nam kolejnych kilka dni, haha. Natomiast zgodzę się z Tobą, że dawno już nie nakręcono czegoś ciekawego i powalającego. Owszem, miło się oglądało „Red Rose”, „Trzynaście duchów”, „Dom na nawiedzonym wzgórzu” i im podobne, ale to tylko kilka tytułów. Kino azjatyckie w miarę się broni, ale wydaje mi się, że jest jakby schematyczne. „Klątwa”, „Ring”, „Dark Water” to niezłe pozycje, ale już nieco wyświechtane i monotematyczne. A największy syf to amerykańskie wersje wspomnianych hitów. Chociaż wolę te produkcje, niż bzdety pokroju „Piła”, „Hostel” i podobne łajno. Zresztą te ostatnie nie wykazują zbyt wielu cech dobrego straszaka. Zgodzisz się ze mną?

O.: „Piła” jedynka nie była jeszcze taka zła, ale w gruncie rzeczy 90% dzisiejszych horrorów z USA to gówno. Ale wracając do meritum – booklecie do „Hunting The Man” nawołujecie: Join To The Cult Of Pentagram! Nie czujecie jeszcze nieświeżego oddechu Ryśka Nowaka na plecach? Macie w ogóle jakieś problemy z powodu tego, że gracie akurat taką a nie inną muzykę? Na uczelni, w pracy czy coś? No bo w sumie wszyscy narzekają, że metali gnębią, a mi się w życiu jeszcze nic takiego nie przytrafiło, hehe, więc chcę sprawdzić czy inni też tak mają, hehe…

M.: Mam nadzieję, że obrońcy moralności zainteresują się naszą twórczością, hahaha. Szczególnie tacy, którzy spozierają na świat oczyma człowieka obłąkanego, wierzą w to, co „głoszą”, bo tacy stanowią zagrożenie dla otoczenia, powinni być izolowani od społeczeństwa i osadzani w ośrodkach odosobnienia. Znamy z historii wielu takich, którzy podobnie upierali się przy swoich racjach, a którym należał się kaftan bezpieczeństwa. Dziwi mnie tylko, że w dobie wszechmocnej informacji, jakiś imbecyl poważnie wypowiada się na tematy rodem z „Baśni tysiąca i jednej nocy”. Może to efekt trudnych przejść z dzieciństwa? [może go w sejmowych kuluarach molestowali? – przyp. Oracle] No, nic. Zostawmy pajaców w spokoju, oby odwdzięczyli się nam tym samym.

O.: Spoko. Pamiętasz najgłupszy wywiad, jakiego udzielałeś (poza tym oczywiście)? Wiesz, taki w którym pytania były wzięte z dupy, nieznajomość tematu i tak dalej… A propos – wolisz „M Jak Miłość” czy „Klan”? hehe…

M.: Głupich pytań nie było wiele, bo i nie mieliśmy okazji udzielić szczególnej liczby wywiadów. A Twój jest jak najbardziej w porządku. Przynajmniej ja się bawię dobrze pisząc te kilka słów. Pytania z dupy dostrzegam nieraz w poczytnych magazynach dla kobiet, które staram się śledzić by wiedzieć, co się dzieje z Maciusiem z „Klanu”. Jak stwierdził nasz wioślarz – Damian: „przestanę oglądać „Klan” kiedy Maciuś zaliczy pierwszą babkę”, hahahahaha…

O.: Eee, to już niedługo, hehe. Okej, dzięki za wywiad i życzę powodzenia z promocją „Hunting The Man”! Jeśli chcesz komuś przypomnieć, że wisi Ci pieniądze, albo pozdrowić dziewczynę, wydawcę i sąsiada z naprzeciwka – ChaosVault udostępnia swe łamy!

M.: Dzięki za zainteresowanie naszą kapelą i za pozytywne recenzje naszych nagrań na łamach ChaosVault, a także za przygotowanie szczególnych, nietypowych pytań. Pozdrawiam wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób wspierają nas i scenę podziemną, chodzą na koncerty, zaopatrują się w oryginalne płyty, kasety oraz ziny. Sąsiadów nie przeproszę, bo ostatnio jak puściłem tym szubrawcom „Reinkaos”, to po tygodniu wyjątkowo głośnego słuchania zameldowali się u mnie prosząc o przegranie CD… a ja słuchałem tej płyty z czarnego krążka!