Voidhanger: „…idę naprzód z Diabłem w sercu.”

 

Historia tego wywiadu jest dość ciekawa. Otóż pytania powstały dość dawno, bo jeszcze przed zeszłoroczną Metalmanią, na której to Voidhanger miał wystąpić. Jakoś tak wyszło jednak, że gdzieś te pytania przepadły, a ja straciłem w sumie nadzieję, że Warcimer jeszcze na nie odpowie. Aż tu pewnego razu, po niemal półtora roku na skrzynce mail, z pytaniami i słowem wyjaśnienia. No przyznam, że byłem bardzo miło zaskoczony. Szacuneczek dla tego Pana! Wywiad mam nadzieję bardzo się nie przeterminował. Ale oceńcie sami. 

 

Oracle: Hailz! Na początek może – jak to jest z tym Voidhanger? Prawda jest taka, że przez ostatnie kilka lat więcej dzieje się w nim niż w Infernal War… Jak sami więc oceniacie status kapeli? Teoretycznie nigdy nie chcieliście, żeby to był side project, ale w świadomości słuchaczy chyba zawsze będzie tym drugim po Infernal War…

Warcrimer: Nie nam oceniać status Voidhanger, ale nie mamy powodów do narzekań. Voidhanger nigdy nie był side-projectem i nie wydaje mi się żeby obecnie był w ten sposób postrzegany. Oczywiście nie jesteśmy anonimowanymi muzykantami znikąd, więc fakt naszego uczestnictwa w Infernal War zawsze się gdzieś przewija, ale Voidhanger od dłuższego czasu ma sporą grupę fanów, którzy niekoniecznie są fanami Infernal War. To inny zespół, inna muzyka i nieco inne zasady funkcjonowania, choć postawa generalnie ta sama, bo jesteśmy po prostu sobą i nie przywdziewamy masek w zależności od nazwy, pod którą działamy i stylistyki, w której tworzymy. Tak na marginesie – w Infernal War dzieje się obecnie całkiem sporo, ale wszystko w swoim czasie.

O.: Premiera najnowszej płyty już dawno za nami. Zmienił się Wam wydawca z Pagan Records na Agonia Records. W sumie, każde z wydawnictw zostało wydane gdzieś indziej – na ile to efekt poszukiwań, na ile efekt chęci rozwoju, na ile Waszych charakterów?

W.: To tylko i wyłącznie chęć rozwoju i co raz lepszych warunków. Każdy z naszych wcześniejszych wydawców odwalił kawał dobrej roboty i złego słowa na nich nie powiemy.

O.: Jak należy rozumieć te „Mroczne Dni Duszy”? Patrząc na Waszą dotychczasową twórczość kombinuję, że to po prostu drugie ja każdego z nas…Gdy wracamy z roboty, zrzucamy maskę bycia normalnym i oddajemy się swoim własnym perwersjom? Coś na zasadzie ściągamy krawat i napierdalamy żonę albo oglądamy dziecięce porno…

W.: Niezupełnie. To raczej przewrotne nawiązanie do ‘Nocy Ciemnej’ św. Jana od Krzyża. To, o czym piszesz miało za to sporo wspólnego z tytułem poprzedniej płyty.

O.: Muzycznie Voidhanger nigdy nie gustował w wydumanych aranżach, stawiając raczej na prosty i skuteczny cios kastetem w ryj. A do tego wydaje mi się, że z materiału na materiał uproszczacie swój przekaz, co nie ukrywam – cieszy mnie. Taki zamysł, czy samo się tak dzieje?

W.: Muzycznie Voidhanger z założenia miał być ujściem dla naszego uwielbienia dla tego prostego, pierwotnego oblicza muzyki ekstremalnej, a w szczególności metalu. Nigdy nie chcieliśmy jednak ograniczać się jedynie do trawestowania riffów z klasycznych płyt naszych inspiracji ubierając to w teksty o skórze, łańcuchach i metalu. Co do warstwy tekstowej to nie nazwałbym tego przekazem z bardzo prostej przyczyny – nie mam nikomu nic do przekazania, choć dla mnie jest ona niezwykle istotna. Niektóre z tekstów dotyczą zupełnie przyziemnej niechęci do bliźniego, inne mówią o zdecydowanie bardziej skomplikowanych sprawach natury duchowej, ale staram się żeby wszystko stanowiło wraz z muzyką spójną całość. Generalnie głębi w Voidhanger jest więcej niż by się mogło wydawać, ale celowo nie wpadamy w patetyczno-filozoficzny ton.

O.: O ile na „Working Class Misanthropy” moim zdaniem bawiliście się trochę ze słuchaczem na zasadzie „a z czym kojarzy Ci się ten riff”, o tyle na „Dark Days of the Souls” nie ma już nic na tacy. Ba – w sumie to można by powiedzieć, że mamy do czynienia z czymś na zasadzie własnego stylu Voidhanger. Co Ty na to?

V.: Bez arogancji ani fałszywej skromności uważam, że od początku mamy jakiś swój indywidualny sznyt, który wcale nie koliduje z doskonale słyszalnymi inspiracjami czy nawet celowymi nawiązanymi do dokonań różnych klasyków. To samo tyczy się nowej płyty.

O.: Jak to robicie, że innym polskie teksty wychodzą kiepsko, tak sobie, rzadko kiedy dobrze, a u Was mają kurwa moc i przekaz, nie zniekształcony przez kiepski warsztat? Takie „Dni Szarańczy” już w sumie stały się – wśród osób rozeznanych w temacie – swoistym viralem… Sporo znajomych osób określa w ten sposób każdy roboczy dzień tygodnia, heh…

W.: Cóż, dzięki za komplement. Po prostu chcę żeby forma współgrała z treścią i staram się unikać przeintelektualizowanego słowotoku jak i stricte metalowej groteski.

O.: Skoro przy tekstach już jesteśmy – bije z nich nihilizm, nienawiść, brak nadziei. Czyli tekstowo bez zmian. Pisząc teksty czujecie się jak obserwatorzy zastanej rzeczywistości, czy może chcielibyście ją w jakiś sposób kreować.

W.: Chcąc nie chcąc, prawie każdy z nas jest obserwatorem zastanej rzeczywistości, ale jeśli coś z tego przenika do tekstów to jest to głównie wstręt, pogarda, czasem frustracja lub satysfakcja wynikająca z tego, że ktoś ma źle. Szczególnie patrząc na to pokolenie płaczliwych, roszczeniowych cipek, które obraża dosłownie wszystko. Humanista ze mnie (delikatnie mówiąc) marny, więc problemy społeczne mnie nie zajmują, szczególnie na płaszczyźnie artystycznej. Staram się kreować swoją własną rzeczywistość na tyle na ile to możliwe w życiu codziennym, bo do marzyciela i eskapisty mi daleko. Po prostu idę naprzód z Diabłem w sercu.

O.: Trochę tradycją już jest, że na każdym materiale bierzecie na warsztat jakiegoś polskiego świra… Był Sojda, był Tuchlin, był Knychała… Kto tym razem? Wiem tyle, że na cmentarzach rozrabiał… No i przepraszam, za oklepane pytanie, ale po prostu jestem ciekaw, heh…

W.: Tak, to taka tradycja, którą sam sobie narzuciłem i w sumie dobrze mi z tym, bo zawsze lubiłem piosenki o zwyrodnialcach. Wprawdzie do kunsztu Macabre mi daleko, ale to wdzięczny temat. Edmund Kolanowski był seryjnym mordercą i nekrofilem, którego wczesne życie było równie zwichrowane co jego późniejsze dokonania. W sumie dość klasyczny przypadek, ale chyba mniej znany niż Tuchlin czy Knychała.

O.: Jakiś czas temu sprokurowaliście, wraz z Witchmaster, split. Znalazł się tam numer „Burnout Hearts Exhibition”, który dość szybko został zbanowany na YouTube. Mocny obraz. Zastanawiam się, czy były jakieś rzeczy, które sami odrzuciliście, bo stwierdziliście, że to jednak przesada? I rozumiem, że raczej przewidywaliście, że sam klip długo nie powisi?

W.: Nic nie odrzuciliśmy. Nie mieliśmy żadnych oporów, bo nigdy nie oczekiwaliśmy, że klip ten będzie miał wielkie znaczenie promocyjne. Po prostu chcieliśmy ponury, surowy obrazek, który pasować będzie do muzyki. Nie opowiada on żadnej historii ani nie ma bezpośredniego związku z tekstami. Miał być po prostu brzydki.

O.: 7 kwietnia zeszłego roku Voidhanger zagrał na Metalmanii. Nie wiem, czy można mówić o nobilitacji czy nie, bo obecnie wszystko jest względne, ale impreza była naprawdę niezła. A kiedy sam zacząłeś jeździć na ten festiwal, nie jako muzyk (bo graliście już z Infernal War przecież), ale jako słuchacz? No i właśnie, uważasz występ na tym feście za nobilitujący czy raczej za niezłą okazję do koncertu przed sporym tłumem?

W.: Na pierwszej Metalmanii byłem w połowie lat 90-tych, choć prawdę mówiąc większość późniejszych edycji odpuściłem. Nie wiem czy występ na tym festiwalu jest nobilitujący, ale na pewno mamy do niego jakiś sentyment, bo to w końcu nasza okolica, jakieś tam nasze młodzieńcze wspomnienia. Pod Spodkiem się piło, biło i dostawało mandaty czekając na koncerty różnych zespołów. Sam nasz występ zaliczam do bardzo udanych. Na przyjęcie publiki też nie mogliśmy narzekać. Przy okazji zobaczyłem kilka fajnych koncertów.

O.: Jakiś czas temu dostałem promo jakiejś kapeli, nie pomnę już nazwy bo za dużo tego dzień w dzień, niemniej jednak w swoim bio wymieniali oni Infernal War i Voidhanger. To chyba miłe uczucie, gdy ktoś pisze, że inspiruje go Twoja muzyka, co? Szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, że nie gracie na scenie od trzydziestu lat…

W.: Tak, można powiedzieć, że to miłe, choć trochę odchodząc od tematu, uważam, że wielu dzisiejszych słuchaczy jest słabo obeznanych z historią i korzeniami muzyki, której słuchają. Oczywiście nikt nie rodzi się chodzącą encyklopedią, ale czasem czuję lekkie zażenowane kiedy ludzie filozofują o geniuszu i oryginalności kapeli X czy Y nie znając i nie potrafiąc wychwycić oczywistych inspiracji słyszalnych w ich muzyce. Czytałem np. recenzje Voidhanger, w której pojawiały się różne dziwne nazwy dużych zespołów, a o klasykach, do których nawiązywaliśmy nikt nawet nie wspomniał. Ot, takie tam spostrzeżenie żebyś miał więcej tekstu do publikacji.

O.: Śmigasz trochę po świecie, zaś ostatnio jak wiadomo na tapet wzięto określenie „polskie obozy śmierci”. Myślisz, że jest o co kruszyć kopię i robić aferę? Czy rzeczywiście tak jest, że nie wiem.. gracie z Voidhanger w takiej Danii czy Finlandii a tam ludzie są przekonani, że te całe obozy faktycznie były polskie a nie nazistowskie? Tak mi na myśl przyszło, bo akurat w odtwarzaczu przeleciał „Blok 11”, heh…

W.: Zależy co jest nazwiemy aferą. Uważam, że nie należy tego ignorować, ale też nie zachowywać się jak zakompleksiony bałwan machający szabelką czy trzeba czy nie. Graliśmy w wielu krajach i nigdy nie zauważyłem żeby ktoś używał takiej narracji. Niejednokrotnie słyszałem natomiast komentarze, że jako jej mieszkańcy, błędnie postrzegamy wiele krajów Europy Wschodniej jako krainę zła, nietolerancji i przestępczości. Zresztą w dużej mierze się z tym zgadzam. Wystarczy zobaczyć, co się dzieje w wielu zachodnich krajach. Nie wszystko da się zamieść pod dywan ani obrócić w pseudo-inteligencki żarcik o durnych Polakach myślących, że każdy zachodni kraj to już tylko strefa szariatu.

O.: Z rzeczy przyjemniejszych – poza zdzieranie gardła, zdzierasz również okazjonalnie opuszki palców jako pismak muzyczny. Czy fakt, że sam udzielasz się muzycznie pomaga czy przeszkadza w recenzowaniu muzyki?

W.: Chyba raczej pomaga. Może nie tyle w kwestii samego warsztatu, co w możliwości zrozumienia niektórych mechanizmów twórczych i intencji innych muzyków. Staram się pisać o muzyce w taki sposób, że sam bym chciał to czytać. Bez lania wody, słowotoków i przeintelektualizowanych ejakulatów.

O.: Dość często w ramach Voidhanger czy Infernal War odpowiadasz na wywiady. Które pytania najbardziej Cię wkurwiają? Bo zauważyłem, że często wywiady to kopiuj wklej z podmianą nazw zespołów (nie żeby moje były jakoś wyjątkowo oryginalne…)

W.: Właściwie to odpowiadam na wszystkie. Taka moja rola w zespole. Najgorsze pytania to takie wszystkie te, z których wynika, że ich autor jest tępym chujem albo nie ma bladego pojęcia o zespole/muzyce, o której rozmawia.

O.: I jeszcze sprawa dość na czasie – wróciliście niedawno z trasy z Marduk, co prawda jako Infernal War, ale nurtuje mnie to cholernie. W Rzeszowie koncert odwołano z uwagi na odwrócone krzyże Marduk, w Europie za konotacje Infernal War z mitycznym „nazizmem”. Z drugiej strony w naszym ciekawym kraju policja potrafi wejść na sympozjum naukowe na temat marksizmu, bo przecież komunizm. Czyli ogólnie obu stronom podziału odpierdala. Jakieś pomysły na rozwiązanie, żeby wszyscy byli zadowoleni?

W.: Nie mam pomysłu, ale raczej nie zależy mi na tym żeby wszyscy byli zadowoleni. Wszystko co raz bardziej się polaryzuje i czasem mam wrażenie, że zachowanie zdrowego rozsądku jest jednoznaczne ze staniem na straconej pozycji. Najważniejsze pozostać szczerym wobec siebie. Generalnie człowiek powinien starać się Si vis pacem, para bellum.

O.: Jesteście z kolei świeżo po Summer Dying Loud Festival. Myślisz, że po wielu nieudanych próbach w Polsce trafi się nam jakiś open air z prawdziwego zdarzenia? Dotychczas większość prób kończyła się na dwóch trzech edycjach, a często i w atmosferze przypału…?

W.: Czas pokaże. Festiwal jest naprawdę świetnie zorganizowany, a jednocześnie wspierany przez władze miasta co jest w naszym kraju rzadkością w przypadku muzyki metalowej. Osobiście nie jestem zbyt częstym bywalcem na koncertach, a tym bardziej na festiwalach, ale Summer Dying Loud to świetna impreza i życzę jej organizatorom samych sukcesów.

O.: Dosłownie kilka dni temu z tym światem pożegnał się Hartmuth Schindler, któremu poświęciliście osobny wpis na swoim wallu. Jak będziesz go wspominać? Do których wydawnictw jego labeli wracasz najczęśćiej? 

W.: Tak, to właściwie mój post. Cóż, działalność wydawnicza tego gościa jako Nazgul’s Eyrie, a potem Barbarian Wrath zawsze był dla mnie symbolem brzydkiego, podziemnego, przeciwnego wszelkiem trendom metalu. Nie chodzi nawet o to, że wszystko co wydał jest wspaniałe, bo część jego wydawnictw to garażowe nagrania tylko dla największych maniaków wszystkiego co podziemne, ale gość miał swoją bajkę i wydawał zespoły, które tak jak on miały swoją. Do tego wydał płyty Barathrum, Mortuary Drape czy Countess, które dla mnie są klasykami black metalu lat 90-tych nawet jeśli dla przeciętnego metalowca, którego hymnem gatunku jest „Mother North” są one gówno warte (zakładając, że w ogóle je słyszał). Dla nastolatka, który chłonął ówczesny black metal jak gąbka wodę było to coś ekscytującego i w sumie zostało mi to do dziś. Do tego Blood Storm, Faustcoven, Morrigan, Megiddo i wiele innych. Cóż, ja jestem gościem, który bardziej czeka na nowy album Denial of God niż na kolejne „płyty roku”, o których się dyskutuje i którymi wypada się jarać.

O.: Swego czasu supportowaliście Abbatha. Gość jest mocno kontrowersyjny, jedni twierdzą, że ma do siebie olbrzymi dystans, inni że robi z siebie clowna i z black metalem nie ma to już wiele wspólnego. Jakie jest Twoje zdanie?

W.: Obie strony mają rację. To faktycznie jest wyluzowany koleś bez kija w dupie, który sprawia wrażenie bardzo sympatycznego co nie zmienia faktu, że robi z siebie clowna na każdym kroku. Poczucie humoru i zdrowy dystans do pewnych spraw wizerunkowych, a stawanie się karykaturą samego siebie to dwie różne sprawy. Wolę jednak Manowar niż Abbatha. 

O.: OK, od „Dark Days of the Soul” minęło już sporo czasu. Myślicie powoli nad kolejnym wydawnictwem? 

W.: Powoli, ale bez ciśnienia. My nigdy nie mamy ciśnienia. Nic nas nie goni. 

O.: Dobra, kończymy. Powiedz proszę na sam koniec, które pozycje wydawnicze (oczywiście nie tylko srticte metalowe) rozjebały Cię w 2018 roku jak dotąd najbardziej?

W.: Szczerze mówiąc nie mam już czasu ani ochoty na mielenie niezliczonej ilości nowych płyta, bo często wracam do staroci lub odkrywam różne stare, niemetalowe rzeczy. Portal, Urfaust, KSM, Primordial, Archgoat, Clandestine Blaze, Varathron. Vox Low, kolaboracyjny album Atrium Carceri/Cities Last Broadcast był bardzo fajny. W 2019 rządzą Helheim i Funereal Presence.

Autor

11161 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *